Kornel Makuszyński

Prawdziwy bohater

Wiele ciężkich kłopotów przyczynił rodzinnemu swemu miastu stary jeden dziwak, który, nie mając nic innego do roboty, długo przed odejściem z małego miasta do nieogarnionej wieczności rozmyślał, co uczynić z majątkiem? Jest to zawsze zagadnienie trudne i do rozwiązania ciężkie, dość przykre bowiem chwile ma człowiek szlachetny, patrząc z nieba, jak na ziemi zjadają jego krwawicę i jak zawsze ktoś ma do niego żal, ze zostawił zbyt mało Stary dziwak postanowił tedy, zęby nikt jego majątku nie zjadł za darmo, więc "chory na ciele, lecz zdrów na umyśle" zarządził, aby wszystko, co po mm zostanie, otrzymał ten obywatel rodzinnego miasta, który w przeciągu lat pięciu od jego śmierci dokaże najbardziej chwalebnego czynu, odznaczy się bohaterstwem, lub wykaże odwagę nieustraszoną Mniemał zacny ten człowiek, ze w ten sposób spłynie na jego miasto chwała, tak, ze zasłynie szeroko, obywatele bowiem będą się prześcigali w heraklesowych trudach i bohaterskich zmaganiach.
Pierwszą serię tych bohaterskich zmagań rozpoczęli dalecy krewni starego dziwaka. Nikt nigdy me wie, skąd się zjawi daleki krewny? Cały świat jest pełny tych miłych ludzi, kto się chce o tym przekonać, niech jutro umrze l zostawi wielki majątek. Okaże się, ze ten samotny i przez wszystkie opuszczony człowiek miał krewnych i w Ameryce, i w Australii, ze strony matki i stryjecznego dziadka Są to ludzie rzewni i serdeczni, i niezmiernie przywiązani do rodziny Zwyczajne to są dzieje, nikt się przeto nie zdziwił, ze po śmierci starego dziwaka zjawili się ludzie smutni i bólem pobici, którzy starali się wytłumaczyć sędziom sprawiedliwym, że ich ukochany krewny zidiociał na stare lata i nie władał resztką rozumu, że ich napełnia szczerym dla niego współczuciem, lecz zmusza ich do prośby o umiewaznienie testamentu. Bo czyż nie jest renomowanym wariatem człowiek, który własnym szaleństwem pragnie nawet po śmierci zarazie szanowne i ciche miasteczko, podniecając jego obywateli do szukania niebezpiecznych przygód i dokonywania bohaterskich czynów! Po co komu przygody i na co zwariowane bohaterstwa? Mówili pięknie, rzewnie płacząc, a stary dziwak, siedząc na chmurze, tłukł głową o najbliższą złotą gwiazdę z wielkiej boleści. Wkrótce się jednak pocieszył, albowiem musieli odejść w pohańbieniu i wstydzie.

Z uprawnionego testamentu padał blask na ciche miasteczko, w którym miał powstać bohater, testament ten stał się światełkiem dalekim, migocącym jak gwiazda, ku której po burzliwym i zbałwanionym morzu straszliwych zdarzeń miał dopłynąć człowiek nieustraszony, o sercu spiżowym Rozejrzeli się między sobą dobrzy ludzie, chcąc policzyć współzawodników w wielkim wyścigu Szansę były nienajgorsze, bo ponieważ w miasteczku nie było załogi wojskowej, tym samym ubywał z rachunku czynnik najgroźniejszy bo zawodowy. W przeciwnym bowiem razie sprawa byłaby od razu przegrana, jakąż bowiem trudność sprawia dokonane bohaterstwo czynu człowiekowi, co ma konia, szablę i rewolwer, kiedy już samo posiadanie rewolweru w tym mieście było dowodem nie byle jakiej odwagi.

Z niejakim tedy lękiem poczęto się przyglądać innemu autoramentowi ludzi zbrojnych, za pan brat żyjących z niebezpieczeństwem i zawodowo odważnych, urósł tedy w cenie miejscowy policjant i stał się faworytem opinii powszechnej z tajoną jednakże uwagą, ze faworyt może przyjść bez miejsca, powtarzają się bowiem wielkie historyczne zdarzenia, żywot zaś dzielnego policjanta żywo przypominał smętne dzieje potężnego Samsona któremu kobieta wystrzygła moc i bohaterstwo, dla nikogo zaś nie było tajemnicą, ze potężna groza policjanta topniała jak wosk w ramionach miejscowej filistyńskiej hetery, pokojówki jednej starej panny.

Pewne skłonnsci do czynów bohaterskich i brawurową odwagę zdradził pomocnik aptekarza który już we wzroku miał coś niezwykle niepokojącego można było wprawdzie mniemać, że patrzy zezem, mogły to być tez i oczy złe, siejące urok, zwierciadło duszy nieukojonej, pełnej burzy i tłumionego gniewu Aptekarze, sprzedający śmierć, mogą mieć w duszy piekło. Człowiek ten zabijał jednax nie w sposób podstępny jakby to z jego wypadało fachu lecz hucznie i grzmiąco, posiadał bowiem strzelbę. Zdawało się czasem w niedzielę, ze się na ciche miasteczko wali ciemna burza, na prawo i lewo strzelająca piorunami, mógł tak jednak mniemać człowiek przejezdny, ludzie bowiem zasiedziali wiedzieli, ze to ze śmiercią pod rękę wałęsa się po polach pomocnik aptekarza i grzmi ze swojej dubeltówki, napełniając przerażeniem ziemię i niebiosa, jak czarny duch czarnej zemsty, który w ten sposób ze wzburzonej swojej piersi wyrzucał wrzącą lawę, a z serca piekło rozpaczy, że tak mizerny pędzi żywot wśród szarego tłumu chorego na żołądek albo na wątrobę. Ogniem i żelazem zmagał się ten syn piekła i kuzyn szatana z jednym starym zającem, jedynym, zdaje się, w okolicy, którego ścigał namiętnie i chciał pokarać śmiercią nie z wrodzonej chęci do mordu, lecz raczej z przywidzenia, zdawało mu się bowiem ze ten bydlak, pozwalając mu się zbliżyć na odległość kilku kroków, patrzy w mego z urągliwym śmiechem Aptekarz walił do niego z obu luf, na trzeci zaś strzał ciskał w mego gromem krzyku, a zając kicał najspokojniej nieco dalej i znów się odwracał drwiąco spoglądając, jakby wiedział - szelma - że groźny morderca ma zeza i nigdy nie trafi. Zabawa trwała parę lat, to też zając byłby zdechł z nudów, gdyby ją przerwano, przeto niecierpliwie czekał przy drodze każdej niedzieli, spoglądając, czy nadchodzi zezowata jego śmierć? Taką jednak straszliwą ta zabawa wyrobiła w aptekarzu zapalczywosć i tak go oswoiła z piekielnym hukiem broni palnej, że do czynów bohaterskich był ponad innych zaprawiony, w tych jedynie wypadkach, oczywiście, w których można by było wystąpić ze strzelbą i rozlać czyjąś posokę.

Nie takie jednak czyny, grozę budzące i przerażenie, były marzeniem dobrego, starego wariata, który pragnął rozleniwione duchy wygnać na gwiazdy i posępne wałachy w skrzydlate zmienić hipogryfy. Toteż wedle mniemania ludzi mądrych, którzy pilnie rozważali każde słowo wspaniałego testamentu, nagrodę posiąść winni nie awanturnicy, zawalidrogi i indywidua, wszelakim zbrojne orężem, chociażby dokazali czynów ponad zwyczajną miarę, lecz ci, duchem potężni, bohaterowie idei, tytani niezłomni charakteru, wielcy myśliciele, świat wywracający do góry nogami, wspaniali bojownicy o prawa człowieka, cudów odwagi dokazujący w walce z ciemnotą i nieruchawym egoizmem. Piękny ten wykład ostatniej woli nie mógł jednakże liczyć na powodzenie w onym mieście, w którym jedynym myślicielem na wielką miarę był Berek Białawrona, od lat osiemdziesięciu siedzący na przyzbie, wzorem Diogenesa słońce pożywający i wszystkim napięciem ducha nad tym rozmyślający, dlaczego koń ma cztery nogi, człowiek zasię dwie i dlaczego to wróbel lata, a krowa tego nie potrafi.

O plutarchowych mężów było równie trudno, wedle bowiem z dawien dawna urobionej opinii wzajemnej każda ze znaczniejszych figur tego miasta była albo kanalią, albo jeszcze czymś gorszym, choć nie brak było ludzi naprawdę dostojnych, o których nic złego nie mówiono głośno, lecz na dźwięk dostojnego nazwiska smętnie i milcząco kiwano głowami, co miało znaczyć w języku powszechnie używanym, że się nie gada, bo ssę nie chce, lecz gdyby trzeba było gadać, to by się tam coś niecoś powiedziało.

Szepnął tedy burmistrz temu i owemu, a adwokat tamtemu i innemu słowo roztropne i mądre, nieznacznie przy tym mrugając okiem, bez tego bowiem popularnego komentarza szczytne słowa o honorze miasta i o konieczności dokonania bohaterskiego czynu mogły zostać źle zrozumiane, bo dosłownie, i oto niejaki z gromady bęcwałów czekałby sto lat na to, by w nim dusza, dęba stanąwszy, zarżała rozgłośnie drżąc do spełnienia bohaterskiego czynu. Otrzymawszy zaś wzniosłe hasło z wesołym mrugnięciem oka rozumiał, że smoków już na świecie nie ma i duszy spragnionej tezeuszowych czynów, wystarczy zakatrupienie wściekłego psa, aby zarobić na chwałę w mieście ojczystym i błotnistym.
Ludziom ospałym zaiskrzyły się oczy i obudził się w nich duch, od dawna skisły. Słowo "honor" jest jak iskra, która pada na prochy, jest to bicz, co podrywa do szalonego skoku duszę, jak ognistą klacz. Któż zaś nie miłuje rodzinnego swego miasta i komu nie jest drogi jego honor? Temu chyba wyrzutkowi, któremu w miejscowym kryminale nie dawano konfitur.

Żony, jak rzymskie matrony niezepsutego jeszcze Rzymu - szeptały mężom w ciche noce słowa potężne, które nawet szeptem wymawiane, dudniły, jak dalekie grzmoty. Były to wprawdzie apostrofy dla lepszego zrozumienia układane stylem swoistym, który można nazwać podręcznym, bez patosu i bujnych ozdób słowa, lecz za to zwarte i w ducha bijące czerwonym ogniem zapału, tak, że rycerski duch drżał i łydy mu się trzęsły z niezmiernej ochoty do czynu, kiedy jak gromada sępów leciały na niego słowa z miedzi i dziobami zakrzywionymi biły go w ciemię.

-...Zbudź się! Nie śpij, wywłoko! Pomyśl, że kilka tysięcy można zarobić psim swędem. Ale taki matoł, jak ty, nigdy niczego nie dokaże. Żreć, to byś żarł, w karty to byś grał, za dziwkami latać, to byś latał, ale jak przyjdzie co do czego, to gdzie jesteś? Wstyd i hańba! Nie możesz zrobić czegoś takiego, żeby wszystkim włosy na głowie stanęły?

- Chyba urodzę dziecko! - mówił duch bohaterski.

Czasem za taki dowcip, duch dostał po pysku, a czasem mu się upiekło, bo nie należało w nim dobijać ambicji, lecz ją budzić choćby piekącą ironią.

Tej metody, stosunkowo łagodnej, używała od niejakiego czasu po bardzo długim i głębokim namyśle żona pewnego bardzo nieszczęśliwego człowieka, który był nadetatowym urzędnikiem podatkowym i miał nazwisko wielce delikatne, kruche i niezwykłe, nazywał się bowiem Hilary Jajko. Tak też wyglądał, jakby go zniosła zmokła kura. Potężna ziemia wcale nie czuła ciężaru tego biedaczyny, a ludziom się zdawało, że się pomiędzy nimi przesuwa czyjś cień, który z niewiadomych przyczyn wdział na swoje mroczne i nieważkie ciało wytarte spodnie, wyświechtaną marynarkę i wyłupiasty kapelusz. Może to dlatego uczynił, że inaczej by go nie zauważono, a przecież, choć urzędnik nadetatowy, jednak był człowiekiem, co można było poznać chociażby z tego, że miał żonę. Jest to mało powiedziane. Z tej jednej kobiety można było wykroić ze trzy kobiety zażywne i wedle ogólnie przyjętych proporcji zbudowane. Cichy, dobry i nieszczęśliwy pan Jajko wyglądał przy niej, jak gwiazdka wobec księżyca, jak wdzięczna na srogim dębie jemioła, jak smukły komin przy wielkiej fabryce lokomotyw, jak szabla przy boku grubego jenerała, jak wykrzyknik po grubym zdaniu Rablezjusza, jak tytuł opasłej książki, jak jedynka przy całej gromadzie zer, jak liliowa cnota wobec ociekającego tłuszczem grzechu. Każdy jednak grzech śmiertelny wydawał się wobec tej kobiety niepojętej niemal niewinnym uśmiechem.

Strach było pomyśleć, że właśnie człowiek tak bezbronny, jak pan Jajko, został przez dziwne zrządzenia wydany na łup temu smokowi, tego - widać - wymaga jednak niepojęta złośliwość natury, która, znudzona jednostajnym od wieków biegiem rzeczy, figle urządza potworne i uśmiechając się jadowicie, płodzi mięsożerne kwiaty, skorpionom każe zjadać samców, bankierom daje automobile, poetom gruźlicę, ludziom chudym - żony jak piece do topienia rudy, a spokojnym i pokornym każe sobie wśród niepoliczonych milionów wyszukać połowice, pełne grozy i szaleństwa Jest to dowód jadowity na to, ze wolna wola jest dotkliwym żartem, wmówionym w dobrego człowieka i ze ten dobry człowiek jest ofiarą w okrutnie igrających kocich łapach natury, bo czyż obdarzony wolną wolą poślubiałby sam, bez straszliwego nakazu i bez nieodpornego przymusu, siostrę diabła i siostrzenicę smoka?

To tez za szarym cieniem człowieka i złe udaną jego imitację wlókł się zawsze inny cień, nieco w kolorze jaśniejszy była to smuga serdecznego współczucia, nie było bowiem w miasteczku całym człowieka, który by na widok tego nieszczęśnika nie westchnął, byli tacy, co na jego intencję cichą odmawiali modlitwę, albowiem na pierwsze wejrzenie nie bardziej się różnił od nieboszczyka i po tym tylko można w nim było dojrzeć tułające się życie, chuderlawe i gasnące, ze się czasem uśmiechał, uśmiechem takim bolesnym, ze się serce krajało Wielce był z powodu swego nieszczęsnego żywota popularnym w nie bardzo podłym tym mieście, ksiądz proboszcz zaś patrzył na niego tkliwie, słusznie w dobrej mniemając duszy, ze jeśli ten człowiek nie otrzyma nagrody w niebie, to jej chyba nikt nie jest godzien.

W piekle za to musiano obszerne gotować apartamenty na przyjęcie jego żony, chyba ze z trwogi i tam nawet zatrzaśnięto by bramy, kiedy z niezmiernego jej ciała wyleciałby duch, jak burza czasem wylata z pomiędzy zwałów garbatych gór Albowiem wieczysta mieszkała w mej burza, na gębie miała chmury, w oczętach pioruny, te najstraszliwsze, a kiedy wyrzekła słowo, to się po widnokręgu toczył grzmot i dudnił, jakby artyleria po drewnianym przejeżdżała moście, kiedy chciała miłośnie zaszczebiotać, rzewnie patrząc na lubego swego męża, zdawało się, że to wiatry naszczekują na gwiazdy, mrużące z przerażenia oczy. Drżał tez i oczy przymykał dobry pan Jajko, a aniołowie, patrząc na niezmierne jego cierpienie, płakali.

W całym miasteczku słychać było, kiedy przemawiała ta wspaniała kobieta, kiedy zaś wpadła w szał, musiała zapewne miarkować mimo furii natężenie głosu, albowiem jest to nie do pomyślenia, aby wiotki pan Jajko mógł się ostać z życiem i nie padł, wichrem jej słów na nic pobity Kiedy w noc Bożego Narodzenia radośnie zawodziła kolędy, drżał dom i szyby dzwoniły, a niebo, dotąd pogodne, szybko zakrywało się chmurami, bo gwiazdy gasły, jak świece Opowiadano tez, czemu jednak nie można dać wiary, ze kiedy kobiecina ta z sercem rozdartym ryknęła płaczem nad grobem pierwszego swego męża, trumna sama zsunęła się do grobu, a ludzie pobledli.

Bało się jej całe miasto, bo już po pobieżnym obliczeniu sił, pewnym było, ze w razie wojny ze straszliwą tą Amazonką, poddadzą tył najpierw władze administracyjne, potem polityczne, potem samorządowe, poczym kariał, straż pożarna, stowarzyszenia społeczne i dobroczynne, wreszcie, wyłamawszy bramy kryminału, uciekną więźniowie Kobieta ta mogła rozedrzeć na sztuki policjanta jednym wspaniałym ruchem. Pozostałby tylko nieszczęśliwy pan Jajko, bo nikt nie uciecze od śmierci swojej Tak straszne czasem jady natura wlewa w kwiatek niepozorny i tak potężne daje siły wiotkiej i bezbronnej kobiecie Dlatego z rozpaczliwą uniżonością kłaniali się jej najwięksi matadorowie miasta, a burmistrz ustępował jej z drogi Gdyby słoń miał poczucie swej siły, straszliwe z tego poznania urodziłyby się nieszczęścia, klęski zaś niepojęte spadłyby na ciche miasto, gdyby jej przyszło na mysi, jakie w mej drzemią moce, bez wysiłku, samym sianiem trwogi, mogłaby opanować miasto i jego rządy, burmistrza udusiwszy, jak pisklę Dość będzie, jeśli się powie, ze nawet kobiety bały się tej kobiety.

Patrzyła ona, oczęta przymrużywszy, na dziwne szaleństwo, które ogarnęło miasteczko Szaleństwo to było pomieszane z pełną trwogą, grozą, albowiem w krótkim czasie wybuchły trzy pożary, a ludzie, dotąd spokojnie wszelkim ognistym przyglądający się katastrofom, wpadali do płonących domów i nigdy niczego innego nie ratowali, tylko kołyski, sam burmistrz wpadł do płonącego miejskiego domu (co, pochyliwszy się w zadumie, od wielu lat rozważał, jak lepiej skończyć, czy przez zwyczajne zawalenie się, czy przez efektowny pożar) i - głośno pokrzykując - wyniósł na własnych ramionach jakiegoś zażywnego draba, mile uśmiechniętego, rozumiał bowiem zaszczyt jazdy na burmistrzu, jak na komu Piękny to był czyn, który wielkie wywołał jednakże zdumienie, burmistrz bowiem, w chmurze dymu znienawidziwszy, wyniósł z pożaru strażaka i me dał mu wyratować starego paralityka, który szczęśliwie zgorzał Przykra to była pomyłka, lecz nie bardzo bolesna, gdyż paralityk był na utrzymaniu gminy i długie zapowiadał sobie życie.

Nad mizerną sadzawką, w której razem z kaczętami pluskały się dzieci, wałęsali się rozgorączkowani ludzie, pilnie i czujnie wpatrzeni w mętne wody. Żaden pędrak jednakże z wydętym brzuchem nie chciał się topić, gdyż, aby tego dokonać, musiały wsadzić kocmołuchowaty i rozmierzwiony łeb w brudną wodę i z wyraźnym samobójczym zamiarem trwać w tej pozycji przez czas dłuższy Tałatajstwo to jednak spragnione było życia, co było objawem dziwnym u istot niewiele inteligentniejszych od kaczek Tę samą żądzę żywota poczęły od niejakiego czasu w sposób gwałtowny objawiać wszystkie psy w mieście i w okolicy, m stąd ni zowąd prześladowane i tropione. Stary zając dostał urlop i znudzony wałęsał się po polach, jego prześladowca bowiem, żądny krwi aptekarz zawiesił starą między sobą a nim nieprzyjaźń i począł prześladować pieski niewinne Na widok byle kundla każdy przechodzień wpadał w niepojęty szał i z okrzykiem - wściekły pies' ludzie ratujcie się, wściekły pies' - sam jakby wściekły ciskał w przerażonego psa kijem lub kamieniem Po niejakim czasie cały psi zespół wpadł w obłęd i mało mu brakło do prawdziwej wścieklizny. Psy wyły po nocach, a kryły się we dnie, nie mogąc pojąć przyczyny nagłego szaleństwa mądrych ludzi. Kilku reprezentantów psiego rodu, tak zdumionych niesłusznym posądzeniem o największą hańbę, jaką można okryć uczciwego psa, że im to odebrało mowę i zdolność do ucieczki, zostało miłego pozbawionych żywota. Całą pociechą tej niezawinionej psiej doli było to, że i z końmi wyprawiano rzeczy niepojęte. Zawsze to jest niejaką pociechą dla tego, co złamał nogę prawą, że ktoś inny złamał lewą, nikt bowiem nie lubi być w nieszczęściu samotnym. Wprawdzie moralność zwierzęca jest wyższa od ludzkiej, psy jednak zbyt długo żyją w towarzystwie człowieka, aby mogły zachować wierne swoje i nieobłudne serca w całej czystości. Niczego jednak nie mogły pojąć konie, piękne matoły, bite bez powodu ponad końską miarę i pędzane-w cwał w ciężkim zaprzęgu. Osioł, zwierzak mądry, tak mądry, że z chytrości udaje zawodowego kretyna, byłby poznał dawno, że należy wpaść na oślep na pierwszy lepszy stragan, powywracać na targowisku baby i Żydów i dać się okiełznać z wielkim trudem, słowem, udawać wariata. Żadna jednak szkapa nie wpadła na ten dowcip, prostym bowiem przypadkiem było szaleństwo starego ułańskiego wałacha, który poniósł, ujrzawszy nagle na swej spokojnej drodze coś, co nawet jego, doświadczonego inwalidę, co widział wojny i armaty, przyprawiło o drżący i spełniały lęk: to pan Jajko stąpał ze swoją żoną i dyndał u jej ramienia; kobieta ta spojrzała na konia, koń spojrzał na nią i zamroczyło mu się we łbie. Na nieszczęście nie było komu skorzystać ze sposobności, bo ludzie, czując drżenie ziemi i odgadłszy tym sposobem, że to się zbliża góra złości i nieprawości, poznikali w ciemnych sieniach, jak Jonasz w wielorybim brzuchu. Nikt by zresztą nie uwierzył, że jakiś śmiałek ocalił tę kobietę przed rozbieganym rumakiem, bo to raczej kobiecina mogła ratować rumaka.

Z tego szaleństwa zdarzeń, wściekłych wybuchów i czujnie podstępnych czyhań na sposobność, z tego straszliwego okresu nagminnej wścieklizny, kiedy się ludzie rzewnie modlili o mały pożar w domu sąsiada, albo o potop w pobliżu, wyłowiono i zanotowano dokumentarnie poniektóre wypadki, które miały minę bohaterską. Trzeba je jednak było zważyć na czułej wadze sumienia i po cichej modlitwie z prośbą o oświecenie umysłów na grobie wzniosłego nieboszczyka, należało ukoronować zasługę, uwieńczyć Cyda, odfotografować i wyekspediować w nieśmiertelność. W tym celu ustanowiono sąd, złożony z samych Danielów, Arystydesów, Katonów, Plutarchów i Carylów, aby w sercach i rozumach głęboko rozważywszy, orzekli, kto ucieszył mieszkającą na gwiazdach wielką duszę testatora i kto miasto rodzinne nieśmiertelną okrył sławą, jak biały śnieg pokrywa grząskie błoto. Głosem powszechnym został powołany do grona sędziów człowiek wśród innych najcichszy, najbardziej pokorny, w nieszczęściach zaprawiony, przez ogrom przeżytych rozpaczy niezmiernie mądry, a sam me pożądający ani nagród, ani zaszczytów, chyba spokojnej i radość dającej śmierci, słowem pan Hilary Jajko. Niech ten, który przez całe życie był poniżony, srogą stopą niewiasty wtłoczony w skisłość straszliwej swojej doli natchnieniem pokornego serca oznajmi i obwieści, kto najwięcej uczynił, aby pozyskać miano bohatera. Jajko niech sądzi...

Ponieważ nikt się nie odważył osobiście udać się do smoczej jamy, w której mieszkał obok smoka, aby mu zanieść godność sędziego w niebywałym tym turnieju, zawiadomiono go o tym listownie, listonosz zaś chyłkiem podbiegłszy pod dom, chytry jak Protazy, list cisnął pod otwarte okno, sam zaś wiał stamtąd jak burza. Potężny wrzask, który wstrząsnął domami miasta, był oznaką niezawodną, że list otrzymano, że go właśnie czytają i że jeśli pan Jajko z tego hazardu wyjdzie żywy, tedy przy współudziale sił nadprzyrodzonych, może się wszystko odbyć szczęśliwie. W mieście czyniono zakłady, czy pan Jajko otrzyma pozwolenie żony, przed którą drżały nawet nadprzyrodzone potęgi.

Niezwykły sąd miał się zebrać nazajutrz, w niedzielę, żywiono bowiem nadzieję, że święty dzień swoją promienistością oświeci umysły, nienawykłe do silnych wzruszeń i niezwyczajnych wysiłków. Wiekopomne posiedzenie miało się odbyć w wielkiej sali restauracji "Pod Krokodylem", słusznie takie noszącej godło, jeden bowiem tylko krokodyl mógł bez szkody dla zdrowia zjeść to, co tam gotowano.

Po sumie całe miasteczko wyległo na turniej; wedle zwyczaju w domu pozostać powinni tylko paralitycy, ponieważ jednak jedyny egzemplarz zgorzał, więc nikt nie został. O, nie! Berek Białawrona, podniecony uroczystością, nie ruszał się ze swej przyzby i głośno prorokował, kto zostanie bohaterem, i nie było dotąd widać państwa Jajków.

Nagle ktoś krzyknął:

- Idzie pan Jajko!

Był to człowiek, mający wzrok sokoli, bo normalnymi oczyma nie można by było dostrzec na odległość stu kroków istoty chudszej od cienia.

- Czy sam? - zapytał ktoś niespokojnie.

Było to pytanie zgoła głupie, górę bowiem i do tego górę dyszącą i ziejącą, można ujrzeć z daleka.

Pan Jajko szedł powoli, wzdłuż ścian, aby w razie silniejszego podmuchu wiatru znaleźć szybko punkt oparcia. Smutny był tak bardzo, jak Dante, kiedy powrócił z piekła. W oczach miał szczęście, a w spojrzeniu śmiertelną rezygnację. Mogło się wydawać, że ciężar wiotkiego ubrania jest zbyt wielki na jego siły, wyssane przez potworną wampirzycę, która musi być straszna w miłosnym uniesieniu. Cień jego był jeszcze smutniejszy, niż on, bo się ledwie rysował i drżał, jakby z lęku, że lada chwila sczeźnie. Nawet wrony, które umieją znaleźć jakąś zapomnianą żyłę nawet na wyschniętej kości, patrzyły na tego człowieka ze współczuciem. Można było mniemać z nijakim prawdopodobieństwem słuszności", że ten stwór nieszczęśliwy dlatego tylko nie ulatuje w powietrze za każdym podmuchem wiatru, że mu dodaje wagi ciężkie jak ołów zmartwienie. Ludzie, wśród których stąpał, bali się oddychać, a słowa osłaniali dłonią, aby go nie urazić. Patrzono na tę imitację człowieka, na tego urzędnika nadetatowego z wielkim współczuciem, bo oto dokoła tłoczyła się gromada śmiałków, tęgich w barach, grubołydych, szerokopierśnych kandydatów na bohaterów, a on biedaczyna, ciężko sponiewierany, miał zaledwie tyle siły, że czasem łypnął oczyma i cieniem uśmiechu dziękował za dobre spojrzenia. Ustępowano mu z drogi, choć mu niewiele trzeba było miejsca, aby przejść. Gdyby się uparł, to by przeszedł przez ucho igielne.

Kiedy zasiadł za stołem, który wciąż drżał i chwiał się, jakby chciał paść do stóp dostojnikom przy nim siedzącym, wielka się uczyniła cisza; to widocznie hojny nieboszczyk przywiał pod "Krokodyla" na zwiady, czy nie pohańbiono jego idei, spojrzawszy jednak na nieszczęsne oblicze pana Jajki, musiał się zdumieć, pomyślawszy, że wśród sędziów siedzi już jeden taki, co chyba powstał z grobu, bo żywy człowiek nie odważyłby się chodzić po świecie z taką twarzą.

Wyborny był dobór sędziów i wspaniały; za stołem zasiadł burmistrz i jego dostojność, mecenas, który wszystkie przejrzy kruczki i do żadnego nie dopuści szachrajstwa, doktor, który symulanta odróżni od bohatera, weterynarz, który o psach, srodze pobitych i oczernionych, sąd sprawiedliwy wydać potrafi i pan Jajko, człowiek ponad wszystkich sprawiedliwy, bo ani sam w zawodach bohaterskich nie brał udziału, ani zawsze strzeżony, zmowy z nikim nie mógł uczynić.

Po pięknym przemówieniu burmistrza, co hołd należyty oddał wielkiemu duchowi, nie wiedząc o tym, że ten duch ponad nim chwieje się pod powałą, przyniesiono dla członków areopagu wielkie kufle piwa, bo w sali było gorąco i nie zdarzyło się aby o suchym pysku można było wymyślić coś mądrego. Gdyby w parlamentach radzono przy odpowiednim dla każdego narodu napitku nie potrzeba by wcale dowodzić tej wielkiej prawdy, bo tylko ludzie niepijący uchwalają w pospolitej złości wojny i podatki, przy butelce zaś rosną serca i dusze stają się rzewne. Żaden z sędziów nie zdziwił się więc, gdyż w pianie piwa dojrzał własne burzliwe myśli, zdziwił się jedynie pan Jajko. Nie tylko się zdziwił, lecz jakoby się przeraził wielkiej mocy w kuflu żółciejącej; to była dla niego orgia i rozpusta, szaleństwo i pijaństwo. Zdobył się jednak na czyn ogromny, bo ująwszy kufel dwiema rękami, z takim wysiłkiem, że mu cienkie żyłki nabrzmiały na czole, podniósł go do ust i wlewał w siebie piwo, jak deszcz w rynnę.

- Zaczynamy, panowie! - zadzwonił głosem burmistrz.

Adwokat odczytał wszystkie zgłoszone w ciągu kilku lat pretensje, szczegółowo opisane, bohaterskie zdarzenia, wśród których najwięcej było unieszkodliwionych wściekłych psów, historie pożarów, wzruszające dzieje niewidomego, dobytego spod kot pociągu i wieje, wiele innych. Plon wszelkie przeszedł oczekiwania: stu trzydziestu bohaterów przywiodło ze sobą taką samą liczbę świadków, gotowych do uroczystej przysięgi, że na własne oczy widzieli śmierć, pognębioną sto trzydzieści razy. Ludzie ci mogli ogromem poświęcenia zbawić świat, a razem sprzągłszy nieustraszoność, mogli ziemię wysadzić w powietrze.

Bohaterstwo człowieka nie ma jednakże granicy. Nikt nie wie, ile jest w pustyni lwów, ani nikt nie wie, ilu jest bohaterów w dżungli życia. Nikt się też nie zdziwił, kiedy zgłoszono jeszcze jedną kandydaturę. Niepewnym krokiem zbliżył się do stołu sędziów człowiek z twarzą królewsko purpurową i z wielką powagą, dreszcz budzącą, oznajmił, że ma w pięcie te wszystkie bohaterstwa i znamienite czyny, o których tak długo czytano.
- Ja - mówił - uczyniłem coś takiego, czego nikt nie uczynił, bo by każdy marnie zdechł.

- Proszę powiedzieć, co pan uczynił?

- Coś takiego, że i ten święty człowiek w grobie się ucieszył i świadków na to mam, że nie łżę. Psa nie zabiłem, bom nie hycel, alem coś takiego uczynił...

- Do rzeczy! do rzeczy! Czy czyn panski przyniósł komu pożytek?

- Czy przyniósł pożytek? Gdyby nie ja, panstwo by zbankrutowało! Słyszy pan? Panstwo zeszłoby na dziady!

- Panstwo? Ależ to wspaniałe... Co pan uczynił?

Cały sąd wpatrzył się pilnie w płonącą jak pożar gębę nowego bohatera. A on, podniósłszy głos, aby go wszyscy słyszeli, zdumiał świat:

- Ja - wołał - na jedno posiedzenie wypiłem cztery litry monopolowej. Ha! Kto to potrafi? l żyję i panstwo ze mnie żyje. Kto bohater?!

- Won! - krzyknął burmistrz.

- Precz! - krzyknął mecenas.

W tłumie jednak zaczęto szeptać, że tak srogo nie można, gdyż mąż ten, bądź co bądź, niezwykłej dokazał odwagi i kto wie, czy szlachetny testator, sprawiedliwie sądząc, nie uradowałby się, taką wspaniałą tężyznę znalazłszy w Polaku w czasach cherlackich i gruźliczych. To prawda jednak, że każdy inny mógłby oddać duszę w tym hazardzie, więc choć nie można było nagrodzić tego dzielnego człowieka, lecz w wielu, którzy ponuro patrzyli dotąd w przyszłość narodu, urosło serce.

Z niejakim już tedy podnieceniem zaczęto rozpatrywać kolejno zapisane w kronikach czyny znamienite, szybko i sprawnie oddzielając plewę kiepskich kombinacji bohaterskich od złotych ziarn a serce miasta rosło jak na drożdżach, śpiewając pieśń triumfu i szukając dokoła Homera, aby nieśmiertelności podał wielkie tego miasta bohaterskie szaleństwo. Okazało się, że mieszka ono w duchach niepozornych i czyni sobie świątynię z byle jakiego ciała, czasem bowiem świątynia miała jako fronton zwyczajną mordę, albo filuterne oblicze zwyczajnego obwiesia. Był to jednakże sąd nie nad ciałem, tylko nad duchami, nikt się więc nie zdziwił - że krwawy rzeźnik miasteczka, na którego widok krowy dostawały zawrotu głów i miały przeczucia śmierci, sięgnął po laur, oznajmiwszy, że gdyby nie on, to straszliwy byk, wyrwawszy się z pęt, byłby przyprawił o śmierć jedną połowę miasta, a drugą mógłby przyprawić o szaleństwo ze strachu.

- Nie przewidział pan byka! - szepnął burmistrz do adwokata.

- Jechał go sęk! - rzekł rozdrażniony mecenas - gdyby przyjechała menażeria, mógł być i lew. Czy można wszystko przewidzieć?

Nie można było jednakże odtrąbić zwycięstwa Ursusa, gdyż nie było świadków. Na próżno tłumaczył morderca krów, że nie mogło być świadków, kiedy wszyscy uciekli, a byk świadectwa złożyć nie może - sprawa została umorzona. Może być, że od tego głośnego zdarzenia rozpowszechniło się wyrażenie, że ktoś "z byka spadł"; odszedł rzeźnik, krwawo tocząc oczyma i z wymownym uśmiechem spoglądając to na swój straszliwy nóż, to na członków komisji sądzącej.

Wiele zaciekawienia wzbudziły dwa czyny osobliwe, odbiegające oryginalnością pomysłu od szablonu reszty zdarzeń, od wściekłych psów i rozbieganych koni. Pretensje do nagrody zgłosił człowiek, który zabił pół miliona much, skrupulatnie policzonych i w obszernym memoriale uzasadnił wzniosły pożytek swego czynu, wziąwszy pod uwagę nieobyczajną płodność much, dziedziczne tego gatunku niechlujstwo i usunięcie potwornych skutków ohydnego procederu milionów much. Wedle pobieżnych obliczeń, oparłszy się na hipotezie naukowej, człowiek ten twierdził, że ocalił prawdopodobnie życie siedmiu tysięcom stu trzydziestu sześciu mieszkańcom, którzy by byli bez jego humanitarnego czynu nędznie wymarli na tyfus, dysenterię, cholerę i zakażenia krwi. Zgubiła go jednakże niejaka w obliczeniach przesada, miasteczko bowiem miało tylko pięć tysięcy mieszkańców, wiadomość zaś, że ocalił ponad dwa tysiące mieszkańców sąsiedniego łajdackiego i konkurencyjnego miasta nikomu nie była w smak. Ponieważ jednak tak nieludzkiego motywu nie można było użyć głośno w dyskwalifikowaniu tego osobliwego czynu, obniżono jego wartość dowcipnym doświadczeniem, że mimo zguby miliona much, nie rozwiązało to ostatecznie straszliwego problematu, w miasteczku bowiem pozostało jeszcze ze dwa miliardy, licząc tak sobie lekko "na oko".

Nierównie większe zainteresowanie wzbudził czyn inny, z tej samej wprawdzie dziedziny urodzony, nierównie jednak ełektowniejszy, złote bowiem ostrze pocisku genialnej przemyślności nie godziło w mizerne muchy, lecz w grubego zwierza, bo w bakcyle. Dawno już wiedziano, jak znamienity mieszkaniec miasteczka, eugenista i mistyk, eleuteryk i propagator czystości, słowem, wariat nieszkodliwy, pełen słodyczy i pomieszania zmysłów, krążył po czterech ulicach miasteczka, i wielkim rozpylaczem skraplał powietrze, jakby je chciał odświeżyć. Ludzie rozumieli wprawdzie potrzebę odświeżenia atmosfery, z której jednym pociągnięciem nosa można było odtworzyć życie miasteczka i sposobem tej skróconej analizy dowiedzieć się gdzie co gotują, gdzie jest wielkie pranie i w której stronie mieszkają ludzie niechlujni, wydała się jednak wszystkim wcale wesołą syzyfową próbą przeczyszczenia powietrza za pomocą małej sikawki. Nie zaszkodziło to wprawdzie gorzkiej sławie eugenisty, który miał już murowaną opinię wariata, drażniły jednak wielu wielkopanskie jego zachcianki i nagłe przeczulenie zmysłu powonienia. Teraz dopiero wyszło na jaw, że ten mniemany wariat był głębokim, dobroczynnym apostołem zdrowia powszechnego, albowiem w ten sposób prosty, a jakże dowcipny - przez rozpylanie wynalezionego przez siebie zabójczego płynu zabijał miliardy bakcylów, które w sprzyjających warunkach panujących w tym mieście, dochodziły wedle jego opinii do niebywałych rozmiarów i złośliwą odznaczały się energią. Gdy się rzecz ujawniła w całej swojej potężnej prostocie, zapanowała w zgromadzeniu konsternacja, jasnym się bowiem stało, że ten ci jest który odegnał śmierć i teraz dopiero zrozumiano, dlaczego w ostatnich czasach dwa tylko były jej wypadki, którym genialny ten człowiek, niestety, nie mógł zaradzić, bo na nic był jego cudowny płyn. kiedy się w jednym dobrym szewcu "zapaliła" wódka, w drugim zaś wypadku interwencja jego była spóźniona, gdyż chory był już pod opieką lekarza.

Mało wprawdzie uczestników zebrania wiedziało coś niecoś o bakcylach, kiedy jednak zasłyszano, że człowiek, powszechnie pomawiany o pomylenie rozsądku, ochronił miasto przed wrogiem tajemniczym, straszliwym a niewidzialnym, zgromadzenie - zakołysawszy się - zapragnęło nagle okrzyknąć go najszlachetniejszym dobroczyńcą godnym wielkiej nagrody. Wtedy stała się rzecz nieoczekiwana, pan aptekarz bowiem człowiek czcigodny, syn i wnuk aptekarza, powstawszy, ogłosił, że wielki eugenista jest zwyczajnym szalbierzem, albowiem, łażąc po ulicach, rozpylał zwyczajną wodę, co zakład czyszczenia miasta, rozporządzający opasłą beczką, czynił znacznie skuteczniej, z czego się okazuje, że mistyk i eugenista jest zwyczajnym filutem z wodą w głowie i w swoim zwariowanym rozpylaczu. Znowu serca słuchaczy napełniły się goryczą, wątroby nabrzmiały gniewem, a żołądki sędziów piwem. Stawał się przy tym cud widomy, pan Jajko bowiem, niepojętym sposobem pomieściwszy w sobie cztery kufle piwa, grubiał i pęczniał. jak stwór z gutaperki nadęty powietrzem, i coraz bardziej robił się podobnym do boskiego stworzenia. Nie wyrzekł dotąd ani słowa, w dobrej duszy jedynie, pokornie ze zwyczaju milczącej, dziwiąc się przemyślności ludzkiego szalbierstwa, zabijającego milion much i skraplających orzeźwiającą wodą bakcyle tyfoidalne. Prócz niego wszyscy gadali, kąsając się nawzajem słowami, aż się wreszcie uczynił srogi rwetes, w rzeszy ludzkiej bowiem zapanowało podniecenie. Sprawę trzeba było rozsądzić na wszelki sposób i niestety, przyznać wielką nagrodę jednemu z morderców psów, okazało się bowiem, że i ten niewidomy, wydobyty spod kół pociągu, był wynajętym za pięć złotych filutem, który miał wzrok tak wyborny, że kieliszek wódki może zobaczyć z odległości dwóch mil, wyciągnięto go zaś spod pociągu, który był oddalony od niego o dwieście kroków, o czym ku hańbie tego człowieka doniósł maszynista. Sprawiedliwy pan Jajko zakrył twarz rękoma, kiedy to odkryto przed sądem.

I sąd, i tłum, otaczający pałac sprawiedliwości, ogarnęło podniecenie. Dobrzy ludzie czynili wrzask, i mogło się zdarzyć, że mizerny zwycięzca zostanie rozszarpany za to, że psim swędem, wmówiwszy w psa wściekliznę, otrzyma wielką nagrodę. Najwyraźniej zaczęto wśród grona sędziów odczuwać wrogi nastrój ciżby, przez to przede wszystkim wyprowadzonej z równowagi, że komplet sądu pił piwo. Podziałało to na areopag, w którym dostojnicy zaczęli krzyżować ze sobą słowa coraz goręcej i coraz namiętniej, każdy bowiem, ujrzawszy, że byle kto może porwać nagrodę, wysławiać począł swojego kandydata, tak, że w uczciwych sercach mogło się zrodzić podejrzenie, że się sędzia podzieli ze swoim kandydatem. Jeden pan Jajko milczał.

Zaczęły padać nazwiska przyszłych bohaterów, i rozpoczął się sądny dzień. Ile razy szanowne dotąd i czcią wielką w miasteczku otoczone nazwisko wylazło jak szydło z worka, a potem wychyliło nieśmiało głowę poza drzwi, działo się coś strasznego: najpierw toczył się coraz to bardziej dudniący grzmot niezadowolenia, a zaraz potem oślepiająca błyskawica prawdy oświetlała je niebieskawym, przeraźliwym rozwidem i odarłszy z mięsa czci i tłuszczu dostojności, ukazywała nagi jego szkielet, mocno przeraźliwy, pozostawiając z jego szlachetnej nabrzmiałości i szacunek budzącej korpulencji samą treść, samo ziarno, samo jądro: złodziej! łajdak! oszust!

Zdumieli się sędziowie, zdumiała się rzesza, zdumiał się w cichym swoim grobie szlachetny dobroczyńca, a kiedy zamiast nazwiska ogólnie wielbionego, dotąd dźwięczącego jak złoto, echo tłumu odkrzyknęło synonimem: świnia! - drgnął zacny człowiek i chciał zapłakać, bo zamiast bohaterów wyzwolił z ukrycia duchy ciemne i różne plugawe zwierzaki. Wszyscy o tym wiedzieli, jak być powinno, lecz nikt o tym nie gadał, bo tak też być powinno w gronie ludzi dobrze wychowanych, w którym człowiek jest człowiekowi bratem, bo dziś mnie, jutro tobie. Nikt też nie był obowiązany do robienia przyjemności miejscowemu sędziemu, który słysząc to wszystko, pobladnął dziwnie i rozdawszy nozdrza jak tygrys, który wietrzy ofiarę, patrzył dokoła żarłocznym wzrokiem. Tak to czasem najlepsze chęci nieoczekiwane i straszliwe rodzą skutki.

Mało już pozostało kandydatów, wielu z nich bowiem, widząc, że tłum zbyt gorąco umiłował prawdę i gotów jest w ohydnym zapale wywlec z promienistego ciała przerażoną duszę, wycofało się szybko z niebezpiecznego konkursu. Burmistrz niewidocznie wykreślił nazwisko swego przyjaciela, mecenasa, mecenas wykreślił delikatne nazwisko swego przyjaciela, burmistrza. Aptekarz dopisał za to nazwisko kochanka swojej żony, a weterynarz dopisał nazwisko doktora. Pan Jajko zaś milczał i patrzył przed siebie, jak gdyby nie widział nikogo i jak gdyby nie słyszał wycia tłumu, obdzierającego ze skóry i splendoru ludzi szlachetnych i wielce zasłużonych, jak gdyby duchy niewinnie pomordowanych psów, naprawdę wściekłszy się z rozpaczy, weszły w cichych dotąd obywateli.

Musiało się jednak w pewnej chwili stać coś strasznego, bo ci, co byli stłoczeni w wielkiej sali restauracji "Pod Krokodylem", posłyszeli nagle jakby okrzyk zgrozy, który nagle oniemiał, jakby go ktoś chwycił za wrzaskliwe gardło i mocno zdusił; tłum zewnątrz budynku, ryczący i wyjący, ucichł w nagłym i niepojętym przerażeniu; albo się tam nad nimi zawaliło zirytowane niebo, albo szlachetny nieboszczyk, ujrzawszy, do czego doprowadził jego szczytny pomysł, zjawił się w tłumie i wali po łbach.

- Zobaczcie, co się stało? - rzekł niespokojnie burmistrz.

Zaczęli wyciągać szyje, jak dławiące się sępy, aż ci, co byli najbliżej drzwi i okien, krzyknęli zduszonym głosem i też ucichli, jakby głos, wychyliwszy ciekawą głowę, ujrzał rzecz straszną i cofnął się w przerażeniu do brzucha.

- Co to jest? Co to? - zaczęli pytać niespokojnie matadorowie przy sędziowskim stole.

- Idzie... ona!... - krzyknął ktoś i natychmiast udławił się własnym słowem.

- Kto? Jaka ona?

Wtedy jakiś desperat zakrzyknął głosem głuchym, jakim w teatrze przemawiają duchy zza grobu:

- Panie Jajko!

Wszyscy spojrzeli w jego stronę, pan Jajko zaś nie spojrzał na nikogo.

- Panie Jajko! Idzie tutaj panska żona!

Gdyby ktoś był krzyknął, że się miasto pali, zaprawdę, lepiej byłby uczynił; porwaliby się wszyscy, bieżąc na ratunek; a teraz siedzieli wszyscy znieruchomiali, bladzi i drżący, jakby się ku nim zbliżała lodowata śmierć. Pierwszy oprzytomniał burmistrz.

- Panie Jajko! - szepnął - ratuj się pan...

Tamten spojrzał na niego słodko, ale nic nie odrzekł.

- Ratuj się pan - zaczęli wołać dokoła zduszonymi głosami - miejsca! miejsca! Niech pan ucieka przez okno i okrężną drogą przez ogrody... Zróbcie miejsce!

Pan Jajko ani drgnął, jak ptaszę, na które spojrzał wąż.

- Uciekaj pan! - krzyknął ktoś z rozpaczą.

A ktoś wyrzekł głucho:

- Tu się stanie nieszczęście! Uciekaj pan!

Pan Jajko się uśmiechnął.

Wtedy pomyśleli wszyscy, że mu strach pomieszał zmysły. Już by zresztą było na ucieczkę za późno. Straszliwa kobieta szła krokiem ciężkim, tak, że ziemia drżała, usiłując umknąć jej spod nóg. Na twarzy miała czarną chmurę nieszczęścia, w oczach - dwa pożary gniewu. Ludzie mówili potem, że było słychać, jak się w niej przewraca wątroba i jak się w niej przelewa żółć. Jak kiedy wicher, z nagła się wściekłszy, zerwie się z przydrożnego rowu, w którym długo spał pijany zamętem i szaleństwem pędu, i zaczyna się toczyć przez łan zboża, a kłosy, drżąc w słabych kolanach, gną się, pobite lękiem i padają przed nim na twarz, tak ona toczyła się, jak gradowa chmura, a dwa co najmniej tysiące ludzi, z szarością dziwnego lęku na gębach, cofało się i rozstępowało na obie strony, drogę jej czyniąc. Taki przed nią biegł strach,- jak laufer, i zmiatał wszystko, a ona szła, sroższa niż rozjuszony byk. Nikt bowiem nie wie, jak straszliwą i piekielną potęgą jest zła kobieta. Ha!

Szła, nie patrząc na nic i na nikogo, tam gdzie siedział nieszczęśliwy pan Jajko, sprawiedliwy sędzia, nieruchomy, jakby zaczarowany, a może tak obciążony ponad swoją miarę złym piwem, że nie był zdolny do podniesienia się z krzesła. Kiedy zaś zbliżyła się do znamienitej restauracji, skurczył się straszliwy krokodyl na godle, z przeraźliwą namalowany prawdą, jak mały, najniższej rangi diablik maleje i kurczy się ze strachu przed potężnym książęciem piekieł. Gdzieś za stajnią zawył pies, konie w stajni dziwny ogarnął niepokój, dwie jaskółki wypadły z gniazda pod strychem.

A ona szła, nieunikniona, jak nieszczęście, czarna, jak zły dzień, dysząc mocno od wewnętrznej pasji, jak tknięty na honorze pijany szewc; szła, jak nigdy nie śmiejący się szatan po duszę potępieńca, który popełnił zbrodnię, uciekłszy z domu i pił piwo w restauracji "Pod Krokodylem".

Kiedy stanęła w drzwiach, pociemniało w wielkiej izbie. Wszyscy umilkli, tylko burmistrz szepnął:

- Panie Jajko, niech się pan pomodli...

Uwaga była słuszna, bo się zdawało, że przyszła na niego ostatnia godzina. Śmierć i ta kobieta były jedno. Zaraza i ta kobieta też były jedno.

W sali zapanowała cisza. Słychać było, jak się o szyby tłukła przerażona wielka mucha, jedna ze szczęśliwie ocalałych z miliona zabitych dla sprawy. Ba! Słychać było wiotczenie bujnej piany na nowych kuflach piwa. Opowiadanie późniejsze, że słychać było, jak z czoła mecenasa spadają krople potu wydaje się jednak przesadą, słuch ludzki musiał w onej chwili być też porażony, jak i inne zmysły.


Zaczęto się tedy dość poważnie kłopotać tym zwariowanym legatem. Honor miasta wymagał, aby się w nim znalazł człowiek godny wspaniałej nagrody, nikt jednak nie zdradzał żywego zamiaru napięcia ducha aż do wzniosłości bohaterstwa, przede wszystkim dlatego, że to była kiepska kalkulacja finansowa. Spadek nie był duży, bo szlachetne warianty mają zazwyczaj wspanialsze pomysły, niż majątek. Ponadto od razu zjawił się niezłomny bohater, który w imieniu ministra skarbu zabrał połowę. Policzył tedy szybko ten i ów, i poznał w mądrej głowie, że więcej można zarobić robiąc zwyczajne małe świństwa bez wielkiego wysiłku, niż zdobywać w niezmiernym trudzie mizerne dziedzictwo, a potem wlec za sobą przez całe życie opinię bohatera, któremu nie wypada żyć wedle powszechnie przyjętej normy, tak, że bohater mógłby zejść na psy i umrzeć z głodu w promienistej sławie. Tego ciężaru bano się najwięcej.

Burmistrz miasta, wykonawca testamentu, rozmyślał głęboko, mało bowiem miał nadziei, aby w kojcu wylągł się orzeł. Miejscowy sędzia uśmiechał się ironicznie, jak to zwykli czynić wyborni znawcy dusz, połowę miasteczka można było bowiem zamknąć od razu, a drugą połowę po roku, kiedy odpowiednio dojrzeje, a małoletni podrosną. Czas jednak upływał i coś należało uczynić, aby pieniądze nie przepadły i aby na błoto miasteczka padł złoty promień sławy, o czym będą grzmiały wszystkie gazety. Zdumiony burmistrz szukał wielkich wzorów w historii i brał miarę na czyny bohaterskie, przez jednego spełnione człowieka. Czynem wspaniałym i godnym naśladownictwa wydała mu się przeprawa samotnego człowieka w małej łodzi przez Atlantyk. Byłoby to nie najgorsze i jedynie brak oceanu w pobliżu nie pozwalał na spełnienie tak wielkiego czynu; można też było, niestety, przypuszczać, że w całym mieście nie znajdzie się ani jeden taki, co by sam w nocy poszedł na cmentarz, ciężko by tedy było o śmiałka, co by się nie zatrwożył oceanu. W mieście był jeden tylko człowiek odważny, co się nie bał ani nocy, ani żadnego miejsca, lecz był to zawodowy złodziej, który się sam wyłączył ze społeczeństwa, a tym samym wykreślił się z listy tych, co się mogli ubiegać o promienistą nagrodę. Burmistrz ze szczerym żalem pokiwał głową na ten temat.

Radę niezawodną, jak się wywikłać z kłopotliwej sytuacji, mógłby dać przedziwny jeden mąż, Ulisses miasteczka, dla którego nic nie było trudnym. Zwał się on jednakże Gedale Karabin, l chociaż dokazywał głową rzeczy zadziwiających, umiejąc z najzdrowszego byka uczynić mizeraka, niezdolnego do służby wojskowej, chociaż umiał urządzić cudowne bankructwa, misterne kojarzyć małżeństwa i jeszcze misterniejsze rozwody, człowiek ten jednak, otoczony powszechnym, niekłamanym podziwem, zwał się Gedale Karabin! Mógł on wymyślić jakąś sztukę przedziwną, tak przedziwną, że jemu samemu trzeba by było przyznać nagrodę za bohaterstwo, a jeśli nie jemu to jego szwagrowi. Należało tedy zrezygnować ze źródła jego niezmiernej mądrości i z jego ministerialnej głowy, w pomysłach zgoła niebezpiecznej.

Cóż jednak czyni od niepamiętnych czasów człowiek nieporadny, nie wiedzący co począć? Idzie po radę do mędrszego od siebie. Któż jednak jest tym mędrszym od najbardziej mądrego? Jest to zagadka dziecinna: adwokat. Po zastanowieniu głębokim można rzecz bez obawy przesady, że historia ludzkości wyglądałaby zgoła inaczej, gdyby pierwszym człowiekiem na świecie był adwokat. Sprawa o eksmisję z raju trwałaby ze dwa miliony lat. Kain, oddany pod obserwację, jako dziedzicznie obciążony po lekkomyślnej matce i ojcu, pozbawionym woli, byłby uwolniony od winy i kary. Hiob nie zbankrutowałby tak beznadziejnie, gdyż połowa co najmniej jego wielkiego majątku byłaby "przepisana na żonę".

Adwokat, wtajemniczony przez burmistrza, przejął się oryginalną sprawą i rzekł krótko:

- Tu potrzebny jest szwindel!

Burmistrz wiedział o tym od dawna, że uczciwym sposobem nie stworzy bohatera w swoim panstwie, ale się oburzył, bo urzędowa osoba zawsze się powinna oburzyć, kiedy jest mowa o szwindlu - ale tylko w pierwszej chwili.

- Rozważmy sprawę - mówi adwokat. - Trzeba znaleźć kogoś, co spełni czyn szlachetny, albo okaże wzniosłą odwagę, albo spełni wielkie poświęcenie. Zdaje się.że ten bzik miał na myśli: same takie delicje?

- Tak wygląda...

- Doskonale. Możemy tysiąc lat czekać, aż się znajdzie kandydat w naszym mieście. Śmiej się pan z tego! Ten stary to byłfacecjonista, bo i panu narobił kłopotu i całe miasto ośmieszy. Naszą więc rzeczą jest do tego nie dopuścić.

- Ale jak?

- Poczekajmy, zastanówmy się. Sprawa jest dziecinna; nie możemy wprawdzie wśród naszych łapserdaków znaleźć gotowego bohatera, ale możemy stworzyć sposobność, przygotować teren i zainscenizować taką sytuację, żeby się jakiś bałwan z konieczności nim stał. Ze strachu rodzą się czasem najwięksi wojownicy. Wszystko, oczywiście, musi się odbyć w warunkach umiarkowanych, aby taki przygodny bohater nie zdechł ze strachu albo nie uciekł zbyt sromotnie. Ile wynosi zapis?

- Rząd wziął połowę...

- A ile zostało?

- Były rozmaite koszta rejentalne, potem proces z rodziną... Zostało ze trzy, cztery tysiące.

- Całej parady? Przyznam się, że za taką cenę nie kładłbym zdrowej głowy pod ewangelię.

- Honor miasta, panie mecenasie! Tę sprawę musimy doprowadzić do końca...

- Więc ratujmy ten honor i zróbmy bohaterski teatr. Jak już panu powiedziałem, trzeba pomóc rozmaitym kretynom, aby spełnili bohaterski czyn. To będzie łatwo. Zasadniczych sposobności do spełnienia wspaniałego czynu jest niewiele: ogień, woda, rozbiegane konie i wściekły pies. Jest jeszcze transfuzja krwi, ale to zbyt skomplikowana heca.

- Nic nie rozumiem...

- Zaraz pan zrozumie. Rozważajmy po kolei więc najpierw woda. Jest właśnie lato; nasza dziarska młodzież zażywa chłodnej kąpieli, wtem młode dziewczęta trafią na głębię i woła rozpaczliwie ratunku. Matka na brzegu wydziera sobie z rozpaczy włosy. Czy widzi pan tę scenę? Wtedy niby przypadkiem znajduje się na brzegu pan...

- Dlaczego właśnie ja?

- Więc kto inny, wszystko jedno' Rzuca się odważnie w głębinę wód i wśród oklasków tłumu, który się już zebrał na brzegu, bo im więcej świadków tym lepiej, wyciąga omdlałe dziwczę i kładzie w ramiona matki. To jest czyn bohaterski. Czy to nie jest pomysł pierwszorzędny?

- Doskonały pomysł, ale ma swoje słabe strony...

- Proszę, niech pan mówi!

- Zanim bohater zdecyduje się na skok do wody, dziecko może utonąć...

- Wziąłem to pod uwagę...

- Bohater może wcale nie skoczyć!

- To skoczy matka.

- A jeśli matki nie będzie?

- Trzeba, aby w pobliżu był policjant. Wszystko można przygotować.

- Doskonale; ale jak zrobić, aby mała dziewczynka trafiła na głębię?

- W tym jest istotnie niejaka trudność. Czy w tym mieście nikt nigdy nie utonął?

- Nigdy, bo rzeki nie ma!

- Prawda, zapomniałem. Czy w takim paskudnym mieście może być rzeka? To szkoda, wielka szkoda. Można by wprawdzie zrobić eksperyment z utonięciem w studni, ale to zbyt ryzykowne. Nie ma co! Woda na nic...

- Spróbujmy z ogniem.

- Z ogniem jest łatwiej, bo tu wciąż wybuchają pożary.

- A jak się robi z ogniem?

- Wedle szematu; w płonącym domu na najwyższym piętrze śpi słodko zapomniane dziecko; za chwilę zapadnie się dach; dokoła słychać szloch tłumu. Wtedy ktoś z determinacją rzuca się w płomienie i wynosi już na wpół uduszoną dziecinę. To jest bohater. Czy ma pan co przeciwko temu?

- Ten pomysł jest również doskonały, tylko, że w tym naszym mieście jest jeden tylko dom piętrowy, i to ten, w którym mieszka pan mecenas.

- Spluń pan trzy razy! W takim razie bohaterstwo wcale nie będzie mniejsze, jeśli się dziecko wyniesie z mieszkania parterowego. Tylko, że to już jest znacznie łatwiejsze, trzeba więc historię bardziej uczynić zajmującą i zamiast dziecka, wynieść z płomieni paralityka. Jest tu gdzie jaki paralityk?

- Jest, ale to łajdak, którego utrzymuje gmina i ten z pożaru z całą pewnością sam ucieknie, jak jeleń. Jak to zresztą zrobić, żeby się właśnie zapalił ten dom, w którym to indywiduum tyje na nasz koszt? Podpalać? Tego nie można uczynić nawet dla tak wzniosłego celu.

- Eee! jakiś mały domek... - zaśmiał się mecenas.

- Ale sumienie! - zaśmiał się burmistrz.

Po czym zaśmiali się - na odwrót z tego, co powiedzieli i poczęli rozpatrywać dwie jeszcze wyborne sposobności do poświęceń: wściekłego psa, którego należało zabić odważnie, ratując znowu dzieci, ale w większej za to liczbie, bo wychodzące ze szkoły, i rozbiegane na rynku konie podczas jarmarku. Te dwa sposoby wydały im się łatwiejsze do wykonania, bo z głupimi zwierzętami łatwiej dojść do niemego porozumienia, niż z ludźmi, z którymi trzeba byłoby gadać. Wierny pies zresztą i szlachetny koń prędzej zdołają pojąć sytuację i bezinteresownie wezmą udział w dziele szlachetnym i wzniosłym, podczas kiedy nawet kretyn paralityk mógł narobić wrzasku, gdyby go w zamieszaniu nie ratowano dość energicznie.

W tych dwóch wypadkach "animalistycznych" łatwiej by było o rozbiegane konie, koń bowiem, zwierzę szlachetne wprawdzie, lecz głupawe, łatwo doprowadzić do utraty małego rozumu i do furii, psa zaś i to mądrego, małomiasteczkowego kundla, nie tak łatwo namówić, aby się wściekł na zamówienie. Można było pokładać nadzieję w tym, że każdy wygłodzony pies ma minę wściekłą, w powszechnym zaś mniemaniu o psim rodzie ludzie mają skłonność do lekkiej przesady, w nic też łatwiej nie uwierzą przy odrobinie wymowy ze strony zainteresowanej, jak w to, że bliźni jest złodziejem, a pies był wściekły.

Należało teraz pracować nieznacznie, niewidocznie i cierpliwie nad stworzeniem dogodnej sytuacji do niespodzianych narodzin bohatera, nie zaniedbując oczywiście, żadnej szczęśliwie i naturalnie zdarzonej okazji, jak powódź, lub srogi pożar. Kilku zaufanych przyjaciół wiele może dokazać, jeżeli ożywieni są twórczą ideą i mają wspaniały cel na oku; szło o to tylko, aby na to samo nie wpadła szajka wrogów, każde bowiem małe miasteczko dzieli się na dwa obozy, z których jeden głośno mówi o drugim, że się składa z samych rzezimieszków, wielkie zaś miasto tym się różni od małego, że się dzieli nie na dwa, lecz na dziesięć dzielnych ugrupowań, które nie zadają - małomiasteczkową manierą - złodziejstwa wprost, lecz pięknie piszą o tym w gazetach.
Układ przyszedł do skutku i stanęło na tym, że portret tego orangutana z koralem w krawatce będzie Chrząszcz malował przez czas nie ograniczony, portret zaś Andziulki rozpocznie już za dwa dni. Chciał zaczynać zaraz nazajutrz, przeciwko czemu ja zaoponowałem, słusznie kalkulując, że aby malować w naszej pracowni portret, trzeba w niej zapalić, że aby zapalić, trzeba mieć drzewo, aby mieć drzewo, trzeba mieć pieniądze, aby mieć pieniądze, trzeba je pożyczyć, aby pożyczyć, potrzeba mieć przynajmniej jeden dzień czasu. Rzecz prosta, że kalkulację tę przeprowadziłem w mózgu błyskawicznie jednym zwartym rzutem myśli: trzeba pożyczyć! - tępemu czytelnikowi należy jednakże sprawę tę przedstawić poglądowo.
Andziulka miała tedy być u nas pojutrze; teraz obie panie żegnały się z nami, to jest z Chrząszczem, bardzo serdecznie, mnie zaś pożegnała siostra szakala kiwnięciem wyrudziałego pierza na kapeluszu, Andziulka zaś podała mi rękę dziwnie nieśmiało i dziwnie sztywno, nie spojrzawszy przy tym na mnie. Ale trudno. To nie ja miałem malować portret tego rzezimieszka z fotografii, a biografię to mu już pewnie napisali kiedyś w prokuratorii, ja więc w żadnym wypadku nie byłem potrzebny. Skłoniłem się z szacunkiem przed panną, nonszalancko pożegnałem ropuchę i pozostałem w apartamencie, Szymon bowiem sprowadzał je ze schodów. Z odprowadzki tej wrócił nie sam, bo ze Szczygłem, który właśnie szedł do nas i spotkał się na schodach z całym towarzystwem; Chrząszcz go przedstawił, po czym po dłuższej chwili rozmowy, podczas której Szczygieł powiedział dwa razy: ha! ha! - przyszli obaj do pracowni, gdzie się rozpoczął zwariowany taniec wojenny Szymona Chrząszcza, który ni stąd, ni zowąd chwycił mnie wpół i począł tańczyć ze mną, chwycił potem Szczygła, który nie broniąc się odtańczył z wielką powagą jakiś taniec szkieletu.
Ze dwie godziny opowiadał Szymon Szczygłowi wszystkie szczegóły wizyty, bredził, jęczał, krzyczał, płakał nad "nieszczęsną sierotą", śmiał się z radości, gwizdał z zachwytu, jednym słowem czynił to wszystko, po czym mało nawet doświadczony psychiatra w lot poznaje, że będzie miał uporczywego pacjenta. Efekt rozmowy był zupełnie niespodziewany. Chrząszcz, jakby sobie nagle coś przypomniał, całuje zacnego przyjaciela z dubeltówki, potem mówi:
- Eustachy, jesteś mój przyjaciel? Szczygieł pokiwał dziwnie głową na znak, że to nie ulega najmniejszej wątpliwości.
- Eustachy, kochasz mnie?
"Przyjaciel bez najmniejszej wątpliwości" odpowiedział mu wyraziście zrozumiałym dla nas spojrzeniem, że i do psa się można przywiązać z miłością, cóż dopiero do przyjaciela.
- W takim razie bierz to i namaluj! To rzekłszy wetknął mu w rękę konterfekt tego wisielca, który wymknął się katowi, wypiwszy duszkiem litr spirytusu. Szczygieł spojrzał i zdumiał.
- Ha! - rzekł.
- Nie chcesz?
- Chcę! - rzekł Szczygieł.
- Więc czemu jęczysz?
- Znam go!
- To jest, znałeś go, bo umarł. To jest pan Kalicki...
- Jak?
- Kalicki... Mąż tej starszej pani... Tym chętniej go pewnie namalujesz, żeś go znał. Miły był jegomość - co?
Szczygieł zrobił trupią fizjognomię, co świadczyło, że się w duszy pokłada ze śmiechu; równocześnie schował szybko fotografię do kieszeni, jakby się bał, że się Chrząszcz rozmyśli. Musiał się jednak weselić nadzwyczajnie, bo takiej smutnej gęby nie miał dotąd nigdy jeszcze i od czasu do czasu ni stąd, ni zowąd tupał o podłogę nogami.
Mnie właściwie cała ta sprawa zasmuciła; czułem, że Chrząszcz, poczciwy chłop, z sercem szczerym i złotym, wpadł głową w dół w przepaść. Biedak tyle tylko miał dotąd do czynienia z kobietami, że go która czasem w nocy zaczepiła na rogu ulicy, a on jej odpowiadał wesoło:
"Odejdź panna, bo się śpieszę na nabożeństwo" - teraz zaś spotkał się oko w oko z kobietą białą jak śnieg, jasną jak poranek i piękną jak życie samo. Nic dziwnego też, że się zakochał jak student. Przez cały następny dzień chodził jak z krzyża zdjęty, co jest niewątpliwą oznaką gorącej miłości, natura bowiem, poczciwa matka ludzi, zawsze ostrzega naprzód i w ten sposób chce człowieka ustrzec przed miłością, że mu z samego już początku demonstruje, jak będzie wyglądał potem, jeśli uczciwej nie usłucha przestrogi. Biedny Szymon! Przez cały zmrok siedział w ciemności przy oknie i patrzył w przestrzeń, do późnej nocy zaś miałem z nim kłopot, bo nakrywszy się wszystkim, czym tylko można się nakryć, palił jednego papierosa po drugim i gadał. Nie gadał jednakże po ludzku, lecz jakimiś aforyzmami, które z pewnością zostały wyjęte z podręcznika dla początkujących wariatów.
Milczy, milczy długą chwilę, potem mówi:
- Mój kochany, śpisz?
- Nie śpię - odpowiadam dość niechętnie, choć mi go żal - czego chcesz, Szymonku?
- Niczego... Chciałem ci tylko powiedzieć, że diabli wiedzą, po co ja dotąd łaziłem po świecie. Czy nieprawda?
- Pewnie prawda...
Znowu cicho, tak że słychać, jak mróz trzeszczy za oknami. A on znowu swoje:
- Spisz?
- Nie śpię. Chcesz mi co powiedzieć?
- Tak sobie... Ja uważam, że człowiek jest samotny jak pies i dlatego tak w duszy parszywieje. A przecież człowiekowi coś się od życia należy?...
- Należy...
- Talent mam i co mi z tego?... Kobieta to jest dziwny twór boski...
- Bardzo dziwny! - odpowiadam, choć nie mogę pojąć, skąd to Szymon nagle wykoncypował.
Po chwili zacny Chrząszcz już nie zapytuje nawet, czy śpię, czy czuwam, i gada, choćby wiedział, że go słucha tylko para butów przy jego łóżku.
- Czemu ja się właściwie tak nieszczęśliwie nazywam? Chrząszcz! Co to znaczy Chrząszcz? Powiedz komu, a będzie się śmiał...
- To mu kości połamiemy, jeśli będzie miał taki humor...
- Inny to się nazywa po ludzku, a jest bydlak. Jak myślisz, czy kobiety nie boją się takich nazwisk?
- Szczygieł także nazywa się zoologicznie, a ma kochankę.
Widocznie Szymon zastanowił się nad tym argumentem, bo milczał jakie pół godziny. Potem, jakby doszedł do jakichś niesłychanych odkryć filozoficznych, powiada rzewnie:
- Dusza ludzka to jest dziwna rzecz!
W zwyczajnym czasie, gdybym nie wiedział, że w moim przyjacielu dzieją się nadzwyczajne przemiany, tobym wstał o północy i za taki aforyzm udusiłbym go bez drgnienia powieki. Teraz jednak uczyniło mi się żal tego bałwana, więc się jedynie przyczaiłem i udawałem, że śpię.
Szymon widząc, że mu nie odpowiadam, powtórzył sobie jeszcze raz, tylko cichszym głosem, swój niebywale wspaniały aforyzm, potem westchnął. Długo jeszcze słyszałem te westchnienia i przy tym akompaniamencie zasnąłem. Sen miałem straszliwy, bo mi się śniło, że człowiek z fotografii zabił Szymona, a Szczygieł, zupełnie nagi, maluje portret starej Kalickiej, która pozuje mu również nago, za cały strój mając na trupiej głowie kapelusz z wyrudziałym piórem. Bardzo mnie męczył ten sen i zasmuciła mnie śmierć jedynego mego przyjaciela, który wstał rano wprawdzie żywy, lecz wiele w nim tego życia nie było. Bał się najwidoczniej pierwszego posiedzenia z Andziulką, która miała przyjść około dwunastej.
Całe rano mieliśmy bardzo zajęte; najpierw obaj wspólnymi siłami zamiataliśmy apartament, co nie było rzeczą łatwą, zważywszy, że mieszkamy tu już jedenasty miesiąc, a miotła nie tknęła dotąd lustrzanych naszych posadzek. Apartament nasz znajdował się tedy w dziewiczym stanie niechlujstwa, godnym Augiaszowego gospodarstwa; wymietliśmy wszystko na schody pod najbliższe drzwi jakiegoś burżujskiego mieszkania, z czego później była sroga awantura; następnie rozwieszaliśmy obrazy z wielkim zmysłem dekoracyjnym, ze starej jakiejś płachty sporządziliśmy prawie indyjską makatę, która posłużyła do zakrycia gospodarskiego sprzętu: miednicy, kubła na wodę i samowara. Przy usilnych staraniach po jakichś dwóch godzinach salon nasz już tak bardzo, jak poprzednio, nie przypominał kryminału i gotów był na przyjęcie nawet księżniczki.
Wreszcie zabrał się Chrząszcz do tualety. Czesanie zgrzebłami konia można równie dobrze nazwać robieniem tualety. Zdawać by się mogło, że się młodziutka dziewica przygotowuje do pierwszej komunii, ale i młodziutka dziewica nie czyniłaby przy tym tylu awantur, co ten stary byk. Katowskimi nożycami ostrzygłem mu brodę, trochę nierówno, ale zręcznie, po czym Chrząszcz wylał na siebie kubeł wody tak lodowatej, że aż posiniał; wiele pracy mieliśmy z jego przyodziewą, wszystko z nią bowiem można było zrobić, żeby jednak pantalony w pewnych miejscach nie przypominały lustra, na to nie było rady. Chrząszcz w rezultacie jednakże wyglądał bardzo przystojnie i miał nawet przez chwilę minę rasowego arystokraty, kiedy w braku innego, bardziej odpowiedniego narzędzia, rozpoczął czyszczenie paznokci za pomocą tępego gwoździa.
Trwało to bardzo długo, zważywszy niejakie kilkuletnie w tym kierunku zaniedbanie, ja więc przez ten czas zająłem się paleniem w piecu różnorakim palnym materiałem, wśród którego można było rozróżnić i resztki mebli giętych. Dawno już nie pamiętam takiej uroczystości.
Około jedenastej przyniósł Szczygieł z jednym ze swoich przyjaciół na czerwono obity fotel, wypożyczony na wystawie obrazów, co ożywiło nasz apartament niepomiernie i dodało mu jakiejś artystycznej powagi.
Zauważyłem, że ten szelma Szczygieł ciągle się w środku zaśmiewa, nie mogłem zaś odgadnąć powodu. Ponieważ miał wyraz twarzy człowieka, któremu za pięć minut mają robić śmiertelną operację, to był znak niewątpliwy, że ten wesoły człowiek ma jakiś doskonały powód do radości; korzystając więc z odwrócenia ogólnej uwagi, biorę Szczygła na stronę i pytam wprost:
- Słuchaj, Szczygieł, czemu konasz ze śmiechu?,
- Ha, ha! - odrzekł mi nasz przyjaciel takim smutnym głosem, że się serce krajało.
- Czemu się śmiejesz?
- Wesoło! - odrzekł Szczygieł.
- Ale czemu ci jest tak wesoło?
- Kawał! - mówi ta małpa.
- Jaki kawał? - pytam niespokojny.
- Wesoły! - odpowiada mi ten baszybużuk.
Machnąłem więc ręką uważając, że prędzej się dowiem czegoś od pieca, niż od tego głuchoniemego idioty.
Nieco przed dwunastą Chrząszcz doszedł do stanu delirycznego; bez większych ceregieli wyrzucił nas wszystkich za drzwi, sam zaś począł chodzić wielkimi krokami po pracowni. Niemal za bramą spotkaliśmy Andziulkę z mamą; skłoniliśmy się głęboko, Szczygieł zaś najgłębiej, po czym rozpoczął jakieś głuche wycie, co oznaczało u niego najwyższy stopień humoru. Spojrzałem na niego podejrzliwie i coś mnie ukłuło w serce; Szczygieł nadaremnie się nie śmieje, bałem się jednakże pytać go z obawy, że go zabiję, jeśli mi pocznie odpowiadać metodą trochę podchowanego kretyna.
Kiedy w oznaczonym czasie powróciłem do domu, zastałem Chrząszcza całego w ogniach; biedny chłop płonął jak buda ze słomy oblana naftą; "stał przed rozpoczętym portretem i patrzył w niego jak sroka w kość. Opowiedział mi bezładnie przebieg całego posiedzenia, z czego dowiedziałem się przy pewnym wysiłku inteligencji, że mama przyprowadziła tylko Andziulkę, sama zaś prędko odeszła, gdyż miała jakieś sprawy na mieście, że go zaklęła na schodach, aby Andziulki nie przeraził jakim niestosownym słowem, nieopatrznie użytym w rozmowie, na co on jej dał najświętsze słowo honoru; że się potem w ogóle bał mówić, aż Andziulka sama zaczęła. Co mu mówiła? Boże drogi! Skarżyło się biedactwo złote, że jej jest w życiu bardzo ciężko, że nie ma nikogo, co by ją mógł zrozumieć, że nie ma się komu poskarżyć, nie ma się przed kim użalać ani przed kim wypłakać! Chrząszcz biedaczysko sam miał łzy w oczach, kiedy mi to nieszczęsne składał sprawozdanie.
- Przecież ma matkę? - bąknąłem.
- Matkę! - rzekł Chrząszcz gorzko - o, gdybym ci mógł wszystko powiedzieć?!
- Czemu nie możesz?
Czułem, że zacny Szymon bardzo nawet chce mi to powiedzieć, ale związany jest "straszliwą tajemnicą". Podrapał się po głowie i rzecze:
- Dasz mi słowo, że nikomu tego nie powtórzysz?
- Zbrodnia w familii - pomyślałem, rzekłem jednak ze śmiertelną powagą: - Przysięgam ci.
:-Otóż - mówił Szymon szeptem, jakby się bał, żeby go kto nie podsłuchał - Andziulka cierpi bardzo właśnie z powodu matki... Sama mi to powiedziała... Każde słowo było oblane łzą; powiedziała mi: "Matka moja dusi we mnie każdy poryw, ściąga mnie ku ziemi, a we mnie dusza się rwie do lotu w gwiazdy! odrodziłam się od mojej rodziny - jestem ptakiem w klatce! Czemu się nie znajdzie nikt, co mnie z tego wszystkiego wyrwie i uniesie! O, czemu się taki nie znajdzie!"
- Tak ci powiedziała?
- I to, i inne jeszcze. Boże drogi, jak to biedactwo cierpi, jak bardzo cierpi!...
Nie poznawałem Chrząszcza; z niedźwiedzia, który w tym zimowym czasie powinien ssać własne łapy, uczynił się liryk pierwszej klasy; wiedziałem, że go do piekła można zaprowadzić, jeśli mu się umie przemówić do serca, jednak dość szybko się z tego otrząsał, teraz jednak widzę, że go wzięło nie na żarty. Zapytałem też dość niespokojnie:
- A ty co na to?
- Ja? ja jej odpowiedziałem to, co powinienem był odpowiedzieć. Powiedziałem jej, że nie wszyscy ludzie są małpy i z całą pewnością znajdzie się wśród nich jeden uczciwy.
- To niby ty?
Chrząszcz się zaczerwienił jak burak.
- Tego jej nie powiedziałem!
O, Szymonie naiwny! Chciałem go uściskać za jego cudowną prostotę i uczciwość niesfornej duszy, nie czas jednak był na to. Sprawa stawała się poważniejszą; czułem, że biedaczysko jest już gotów i żadna moc ludzka z tego go nie wydźwignie. Dobrze przynajmniej, że trafił na kobietę, która gada trochę panieńskimi frazesami, ale niewinność jej oczu ręczy, że to dusza czysta jak źródło. Rozczuliłem się patrząc na biednego Szymona, który nie odrywając oczu od głowy Andziulki, cudownie jednym wspaniałym ruchem rozmiłowanego w swym modelu twórcy zarysowanej na płótnie, miał minę biednego, bardzo dobrego dziecka, co się za chwilę rozpłacze, choć samo nie wie, czemu. O Szymonie, Szymonie, przyjacielu najsłodszy! Niech ci dobry Pan Bóg, jedyny artystycznego cechu opiekun, da wszystko najlepsze!... Nie znam lepszego serca niż twoje, oby cię nigdy nie zabolało!... Nabiedowałeś się, chłopie serdeczny, marzłeś i nie jadłeś, a nikomu najdrobniejszej nie uczyniłeś w życiu krzywdy - niechże jej i tobie nikt nie uczyni. Droższa mi jest twoja słodka przyjaźń nade wszystko, ale to trudno... Chce cię Pan Bóg nagrodzić kochaną kobietą, bo się zawstydził, że cię prześladował tak długo, to ją bierz. Ja tam jakoś z Eustachym Szczygłem się rozgadam i będziemy dalej jedli suchy chleb, okraszony śmiechem i radością. Ej, Szymku złoty! Przyszło i na ciebie, może i na mnie przyjdzie.
Zrobiło mi się jakoś nijako koło serca i wilgoć poczułem w oczach. Co to za idiotyczne stworzenie człowiek! Jak Pana Boga kocham, serdecznie idiotyczne! Niby nic świętego, niby pluje na wszystko, niby wszystko w śmiech obróci, aż tu ni stąd, ni zowąd w oczach mu się coś zakręci i wszystko diabli wzięli: brawurę, wesołość, cynizm i inne takie rzeczy.
Zły sam na siebie poszedłem na cały wieczór do Szczygła pomilczeć z nim parę godzin o rzeczach wiecznych; znalazłem tam całe zgromadzenie, wśród którego rej wodził jakiś filozof od siedmiu złodziei, który swój system filozoficzny objaśniał za pomocą kilkunastu zapałek, z których układał na stole rozmaite zawikłane figury; były też damy, bardzo nawet przyjemne, dwie uczennice szkoły dramatycznej i jedna malarka, które mówiły sobie "wy", paliły papierosy i rozprawiały na temat, czy kobieta ma prawo zamordować swoje, nieprawym sposobem zrodzone dziecko. Bardzo, jednym słowem, było przyjemnie i czas zbiegł do pierwszej w nocy. Dam nie trzeba było odprowadzać, bo wszystkie trzy zostały na noc u Szczygła, więc się powlokłem do domu, gdzie ku memu niesłychanemu zdumieniu nie znalazłem wcale Szymona.
Wrócił dopiero około czwartej i położył się spać po ciemku. Przypuszczałem, że się włóczył po ulicy pod oknami Andziulki, nie chciałem go jednak pytać o nic, tym bardziej że Szymon wcale nie był w tym czasie rozmowny. Zostawiłem go więc samego, tym bardziej że nie wiadomo było dokładnie, kiedy Andziulka przyjdzie pozować, a prosiła, żeby nikogo z przyjaciół Szymona przy tym nie było.
Dzień tak mijał za dniem, a każdy był coraz dziwniejszy. Chrząszcz był stanowczo w nienormalnym stanie, co jednak dziwniejsze, to to, że mimo posiedzeń, często trzygodzinnych, portret zupełnie nie postępował. Co to jest u licha? Wykombinowałem, że się biedactwo dziewczyna rozgadała, a Chrząszcz siedzi godzinami i słucha. Miałem dla tej dobrej panienki dziwną sympatię, że zaś Chrząszcza traktowałem jak wielkie dziecko, wyobrażałem sobie rozmowy tych dwojga dzieciaków. Obawiałem się tylko, czy Szymonowi na rękę jest współlokator, toteż jednego wieczora rozmówiłem się z nim bardzo szczerze.
- Słuchaj, Szymciu, może ja ci przeszkadzam w robocie? Powiedz, a żadnej mi przykrości nie wyrządzisz, bo mi ofiarują cudowne mieszkanie za psie pieniądze, mogę się wyprowadzić choćby jutro. No, jakże?
Chrząszcz spojrzał na mnie bardzo, bardzo smutno i po raz pierwszy w życiu nie odpowiedział mi ani słowa. Usiadł, rękoma objął głowę i siedział tak nieruchomo.
Źle jest - pomyślałem.
A to nie tylko było źle, to było nawet strasznie.
Minęło już ze dwa tygodnie od pierwszego posiedzenia i od dwóch tygodni, wracając wieczorem do domu, czułem ciężki zapach perfum, który już u nas osiadł na stałe. Wszelkie dane wskazywały na to, że Andziulka przychodzi sama. Na portrecie coś tam niby przybywało, ale tyle, co kot napłakał. Szczygieł już kończył portret tego bandyty z fotografii i stworzył coś takiego, czym się żadne z muzeów kryminalnych świata poszczycić nie mogło: to nie był. człowiek, to była sama zbrodnia; zdawało się, że człowiek ten na portrecie, nie mogąc w żaden inny sposób ulżyć swojej naturze, ukradnie jednego dnia własne ramy, gdyby zaś ten portret wystawić na widok publiczny, zbiegłyby się do niego wszystkie psy policyjne z całego kraju.
Trochę mi się zrobiło strasznie, kiedy pomyślałem, że mój przyjaciel może mieć za zrządzeniem boskim takiego teścia. Powiadam do Szczygła:
- Powiedz prawdę, czy go naprawdę znasz? Kto to jest?
- Łajdak! - odrzekł Szczygieł.
- To widać z gęby, ale kto on taki z profesji?
- Handlarz...
- E! A czymżeż ten rzezimieszek handlował?
- Żywy towar... - odrzekł Szczygieł, ale Bóg go raczy wiedzieć, żartował czy mówił prawdę.
Powiadam mu jednak:
- Słuchaj, Eustaszku, nie żartuj przypadkiem w ten sposób przy Chrząszczu, bo cię zabije...
- Czemu?
- Bo zabije. Chce się żenić z panną Andzią. Powiedziałem to tak sobie, na własną odpowiedzialność, nie przewidując wrażenia tych słów na Szczygle, który dzierżył w ręce szpachtlę czy coś takiego, usłyszawszy zaś moje słowa wypuścił wszystko z rąk.
- Nieprawda! - rzekł.
- A jeśli prawda?
- Ha!
- Gadaj, do stu diabłów, po ludzku. Bogdajbyś się udławił swoim bulgotem - co to znaczy: ha?
- Niemożliwe!
- Co to jest niemożliwe! Co masz przeciwko tej dziewczynie?
Szczygieł czynił rękoma jakieś ruchy jak głuchoniemy i rzekł:
- Dziecko!
Zrozumiałem po ludzku ten niedźwiedzi mamrot, który miał oznaczać, że to biedactwo jest jeszcze dzieckiem, którego szkoda dla Chrząszcza. W odpowiedzi jednak trzasnąłem drzwiami, bo trzeba było mieć anielską cierpliwość, aby się dogadać z tą lichą imitacją człowieka, który miał przeszło trzydzieści lat, a nie nauczył się dotąd jeszcze mówić. Zirytowany powróciłem do domu, gdzie się tego wieczora rozegrał przedostatni akt tragedii. Nie poznałem Chrząszcza; to nie był ten sam człowiek, oczy mu świeciły dziwnym blaskiem i blady był jak płótno. Podszedłem do niego naprawdę zaniepokojony i położyłem mu lekko rękę na ramieniu, Szymon drgnął.
Zapytałem cicho.
- Co ci jest?
On spojrzał na mnie błędnie, patrzy, patrzy jak nieprzytomny, potem zwalił mi się głową na pierś i ryknął płaczem.
Jezus Maria! - myślę, głośno zaś mówię:
- Uspokój się, Szymek, uspokój... Co ci się stało? Kochasz Andziulkę, no to i dobrze. Ona ciebie pewnie także... No cicho! Ot, stary chłop i płacze jak panienka... Andziulka jest dziewczyna, a pewnie tak nigdy nie płacze...
Com ja powiedział. Boże drogi! Te słowa podrzuciły Chrząszczem, że aż się zaniósł od płaczu; nie można go było uspokoić w żaden sposób, po długim dopiero czasie udało mi się go ułożyć i biedaczysko zasnął jak kamień.
Siedząc nad Chrząszczem zacząłem tę całą sprawę rozbierać "powieściowo" i układać w całość pojedyncze cząstki mozaiki; coś między nimi musiało zajść bardzo poważnego - ale co? Żeby Chrząszcza doprowadzić do dziecięcego płaczu, na to trzeba było czegoś niesłychanego, nie tego jednakże, żeby jemu wyrządzić krzywdę, boby wtedy zaciął bestia swoje wilcze zęby i byłby twardy jak skała. W takim razie on jej wyrządził krzywdę... Boże miłościwy!
Rozejrzałem się po pracowni i dojrzałem dziwny w niej nieład; na podłodze leżały jakieś chuderlawe zimowe kwiatki, obok nich zaś - co to jest? Grzebień do upinania włosów... Dziwna rzecz. Przy pozowaniu niepotrzebne jest rozwiązywanie włosów, bo portret jest w kapeluszu. Zaczynało mi się czynić cokolwiek gorąco w miarę dopełniania powieściowego rozdziału...
Ach, to więc tak?!!!
Biedna Andziulko!
Byłem w tej chwili pewny, co się stało, i taka mnie wzięła złość na Chrząszcza, że byłbym go udusił śpiącego. To ten złodziej najpierw krzywdzi biedactwo, które przychodzi do niego żalić się na innych, a potem - łajdak jeden - płacze na mojej piersi. Ale niech go licho porwie! Śpi czy nie śpi, jest świnia i koniec. Powiedziałem mu to głośno, ale nie słyszał, gdyż jęczał przez sen.
Ciężkie było nasze następne rano. Zaczęło się od tego, żem spojrzał na niego jak na psa i dając mu pogardliwym ruchem grzebień, rzekłem:
- Odnieś to tej biednej dziewczynie! Pomyślałem równocześnie, że jeśli moje przypuszczenia są nieprawdziwe, to przyjdzie mi chyba paść na kolana przed moim przyjacielem i błagać go o przebaczenie. Ale gdzież tam! To przecież prawda! Pobladł i drżał cały jak w febrze; miał minę przy tym tak nieszczęśliwą, że mnie zabolało coś koło serca. Powiedziałem mu jednak smutno:
- Szymek, coś ty zrobił?
On opuścił głowę na piersi i coś gadał. Można było z tego wyrozumieć, że są winni oboje, bo i ona także. Nie mogło mi się to wprawdzie w głowie pomieścić, skąd w Chrząszczu tyle znalazło się odwagi, ale mnie pasja wzięła, kiedym pojął, że Szymon jest taki sam mężczyzna, jak wszyscy inni, łotr obłudny, który chce winę z siebie zwalić na nieszczęsną, niedoświadczoną dziewczynę.
Słowa nie mówiliśmy do siebie przez cały dzień i obaj chodziliśmy mocno zamyśleni. Struty był Chrząszcz, jakby się witrioleju napił, i naprawdę żal było patrzeć na niego; drżał biedaczysko, ile razy na schodach kamienicy słyszeć się dawał najmniejszy hałas; przeczuwał jakąś katastrofę i przeczuł ją dobrze, pod wieczór bowiem ktoś zapukał do naszych drzwi, ja zaś równocześnie usłyszałem stuk serca Szymonowego. Oparł się on o jakieś krzesło i zmartwiał.
Weszła straszliwa matka. Czcigodna jak śmierć, ponura jak nieszczęście, milcząca jak czarny duch. Chwyciłem za kapelusz, równocześnie zaś sroga strzyga chwyciła mnie za rękaw.
- Zostań pan! Tu nie ma tajemnic.
Rozegrała się scena, która się już w życiu nie zdarza, a jakie takie zainteresowanie budzi w mieście, do którego teatr przyjeżdża raz na dziesięć lat i gra zapłakaną sztukę w braku innej sali w żydowskiej łaźni. Wielki monolog tej komicznej matki zaczął się, jak zwyczajnie, od słów: "Panie, moja córka wszystko mi powiedziała!" - a skończył się patentowanym okrzykiem rozdzierającym serce: "Co ja teraz z nią zrobię - mam ją zabić własnymi rękoma?"
Ponieważ Chrząszcz nie był zdolny do wydania z siebie nawet jęku, tedy ja w wyrazach pełnych uszanowania zapewniłem ten przydeptany pantofel, że aczkolwiek nie wiem, co się stało, jednak pewny jestem, że morderstwo własnego dziecka jest najzupełniej niepotrzebne, że przyjaciel mój jest to człowiek honorowy, i chociaż ja po raz drugi nie wiem zupełnie, co zaszło, pewny jednakże jestem, że mój przyjaciel, który z całego serca i z całej duszy kocha pannę Andzię, ożeni się z nią, choćby dlatego, żeby mieć taką szanowną matkę, jaką jest ten wzór matek, właśnie przede mną stojący.
Odetchnąłem, mama westchnęła, Chrząszcz zaś przez cały ciąg mojej oracji kiwał uradowany głową, co miało znaczyć, że mu wszystkie słowa zdejmuję z warg jak kwiaty. Efekt całości był też niesłychanie teatralny, bo wytarta kanapa chwyciła Chrząszcza w objęcia, ja zaś zawdzięczam to małpiej mojej zręczności, żem się od tego samego uchronić potrafił.
Mój Boże! Lat już temu wiele, a jednak dziś jeszcze wściekłość mnie porywa, kiedy sobie przypomnę, jak byliśmy wtedy łatwowierni i jak mało zastanawialiśmy się nad sprawami tego świata!
Przez tydzień nie było nas w domu, bośmy zjadali konfitury u mamy dobrodziejki w schludnym mieszkaniu obwieszonym stoma świętymi obrazami, to jest ja bawiłem to zgniłe strusie jajo, Szymon zaś, który lepszą cząstkę wybrał, siedział na kanapce w drugim pokoju z Andziulką, promieniejącą jak najpiękniejsza z gwiazd, i gadał. Podobno Szczygieł dwadzieścia razy dziennie do nas zachodził, bo za każdym razem zostawiał listy, których po dwóch dniach jużeśmy nie otwierali, bo ten głuchoniemy bożek pogański albo oszalał, albo urządzał głupie kawały i w każdym liście pisał dziwnym stylem:

Szukam was. Uważaj, przyjacielu! On siedzi, ona rajfurka, córka nie sama, bo dziecko. Ha!

Co to wszystko miało znaczyć? Nie wiedzieliśmy ani tego, ani i drugiego, kiedy Szczygieł kazał nam rzec przez stróża, że on umywa ręce. Czego ten bałwan chce, u licha? Co za Piłat beznadziejny, który umywa ręce? Kazaliśmy mu odpowiedzieć odwrotnie, żeby nie mył rąk, lecz żeby sobie zrobił zimny okład na głowę.
W tych to dniach odbył się cichy ślub Szymona z Andziulką, mimo tego że ona była w żałobie. Stara płakała, ja płakałem, Chrząszcz był jakiś uroczysty, Andziulką dziwnie poruszona. Dali nam jakiegoś obrzydliwego wina i wtedy dopiero poznałem, jaką świnię alkohol może zrobić z człowieka; czy kto temu uwierzy, czy nie, faktem jest, że gdy Szymon z Andziulką zniknęli od stołu, a ja zostałem sam na sam z tym starym żelaziwem, z tą zjełczałą ropuchą - piłem jej zdrowie i szczypałem ją w łydkę, na co ona odpowiadała jakimś grubym śmiechem nie z tego świata albo też piskiem, jaki wydaje z siebie pęknięty balon gumowy.
Skończyło się nasze życie ż Szymonem Chrząszczem i oto jednego dnia odesławszy mu, co było jego, zawinąłem mój majątek w ręcznik i powędrowałem do apartamentu Eustachego Szczygła, który od czasu, kiedyśmy mu kazali zrobić sobie okład na głowę, w ogóle nie utrzymywał z nami stosunków. O małżeństwie Chrząszcza wiedział zapewne, nie powiedział jednak w tej sprawie ani słowa.
Przychodzę do niego z moimi meblami w ręczniku, a on się nawet nie zdumiał. Powiadam mu:
- Szczygieł, przytulisz mnie?
- Można... - odrzecze on.
Niezdecydowanym ruchem ręki pokazał mi odpowiedni departament w swoim apartamencie i tyleśmy ze sobą gadali; bez ceremonii brał mi ze stołu wiersze, jeśli trzeba było rozżarzyć w samowarze węgle, ja bez ceremonii stawiałem na jego obrazie miednicę, aby nie rozlewać wody na podłogę. Dwóch ludzi bez żółci zawsze znajdzie sposób życia.
Zauważyłem jednakże, że Szczygieł, który nas obu szczerze kochał, dziwnie posmutniał od czasu ślubu Chrząszcza, choć o tym nie wspominał; raz jeden tylko pamiętam, wskazawszy palcem na gębę Szymona, którą kiedyś namalował, powiada:
- Był powóz?
- Jaki powóz, gdzie?
- Na ślub?
- Aha! na ślub... Pewnie, że był.
- To źle!
- Czemu źle?
- Lepszy karawan...
Ja mu na to:
- Podrap się, Szczygieł, bo cię coś gryzie.
- Tak... gryzie... - rzekł Szczygieł i zamyślił się.
Ja zadumałem się również. Szymona nie widziałem już dłuższy czas i bardzo mi było za nim tęskno; raz się wybrałem z wizytą, ale mi nikt nie otworzył, tak że wreszcie trochę zacząłem mieć żalu do przyjaciela, że się zamyka ze swoim szczęściem. Nikt o nim nic nie wiedział.
Jednego dnia idę wieczorem pod arkadami, podniósłszy kołnierz, bo wiosna, choć się jeszcze nie zapowiadała, siekła już obrzydliwym deszczem. Patrzę, a z mroku wyłania się figura, która mi chodem i krojem niedźwiedzim dziwnie przypomina Szymona - coś jednak twarz nie ta sama. Ale to jednak on.
- Szymon! - krzyczę na całe miasto. On się w pierwszej chwili jakby przeraził, bo nagle chciał zawrócić, lecz nie było sposobu, zresztą dopadłem do niego w dwóch skokach i rzuciliśmy się w objęcia. Jak Boga kocham, żem miał łzy w oczach, a on także. Na miłość boską, jednakże co się z tym człowiekiem stało!? Posiwiał czy co? Zżółknął, czy też to światło suchotniczej latarni takie na niego trupie rzuca blaski?
- Spieszę się! - mówi on szybko - do widzenia... Pomówimy innym razem...
Otworzyłem szeroko oczy, on zaś zakręcił się na pięcie i zniknął.
Co to się dzieje?
Opowiedziałem to wszystko Szczygłowi, który kiwał dziwnie głową.
- Szczygieł, co myślisz o tym wszystkim?
- Cholera! - zaklął malarz, czym wyraził jasno wszystko, co o tym myśli.
Na drugi dzień Szczygieł wziął pod pachę jakiś obraz i poszedł widocznie na Żydy, bo długo nie wracał, wrócił zaś wprawdzie bez obrazu, ale z żelaznym łóżkiem, które jakiś niewolnik żydowski przydźwigał na plecach. Nie powiedział ani słowa, lecz rozkłada to madejowe łoże w jednym kącie.
Myślę sobie: jeśli i ten się ożeni, gdzie ja się biedak podzieję? Pytam więc smutno:
- Kto na tym będzie spał?
- Chrząszcz! - odpowiada mi malarz.
- Czyś oszalał?
- Nie!
- Chrząszcz ma swój dom.
- Przyjdzie! - mówi Szczygieł. O, tak! przyszedł. Jednej nocy, gdy deszcz siekł, ozwało się pukanie do drzwi. Po chwili wszedł Szymon, taki jakby z grobu wstał. Nie powiedział nic, myśmy także nic nie mówili, Szczygieł tylko podszedł do przygotowanego łóżka i złożył na nim swoją własną poduszkę;
Szymon patrząc na to wszystko miał łzy w oczach, mnie zaś chciało się wyć z bólu.
O, jaka to była straszna, straszna noc. Każdy z nas czuł, że żaden nie śpi, każdy zaś udawał, że śpi jak zabity. Niczego się w życiu tak nie obawiałem, jak wschodu słońca następnego dnia. Ale to trudno, musiało wzejść.
Poczęliśmy od rana grać najgłupszą z komedyj. Jak gdyby nic, gadaliśmy o wszystkim, byle nie o tym, o czym należało mówić; czułem, że biedactwo, Szymon, przechodził jakieś piekielne męki i tylko zęby zaciska; nie wytrzymał jednakże. Szczygieł się krzątał koło niego jak matka koło chorego dziecka, złoty, dobry chłop, a w pewnej chwili Szymon ujął go za rękę i spojrzał mu głęboko w oczy. Widziałem, że Szczygieł pobladł.
- Wiedziałeś wszystko? - spytał Szymon cicho.
- Tak! - odrzekł Szczygieł.
- Skąd wiedziałeś?
- Wszyscy wiedzieli.
- Czemuś nie powiedział?
- Mówiłem, ale źle. Pisałem. Chrząszcz się zamyślił.
- Tak, to prawda. Źle mówiłeś, choć mogłeś nic nie mówić. No, trudno... trudno... trudno...
Wstrząsnął serdecznie rękę Szczygłowi i ciężko usiadł.
Historia była najzwyczajniejsza pod słońcem. Gdyby Chrząszcz chciał zabijać wszystkich, którzy odczuwali radość życia w ramionach panny Andziulki, jeszcze za jej panieńskich czasów, musiałby wymordować pół miasta. To się mogło nie odkryć, musiało się jednak odkryć dziecko, które się chowało zdrowo i szczęśliwie na pociechę i koszt całej tej połowy miasta. Szczygieł to wiedział, bo kiedyś od Kalickich odnajmował mieszkanie, nieszczęście jednak chciało, że z początku uważał całą sprawę z Chrząszczem za zwyczajny malarski romans, który się skończy po dwóch tygodniach z trzydniowym wypowiedzeniem. Potem, kiedy już cała sprawa zaszła bardzo daleko, trochę się bał mieszać w tę historię, uważał bowiem za niemożliwość, żeby który z nas nie znał historii tej wspaniałej rodziny, której głowa siedziała w kryminale, co dało sposobność starej wiedźmie do noszenia żałoby. Stara ta rajfurka handlowała córką, w rezultacie zaś do jakiejś ciemnej historii trzeba było tego aniołka wydać za mąż. Strach pomyśleć.
Chrząszcz siedział całymi dniami nie mówiąc do nikogo ani słowa i patrząc w okno, myśmy zaś jak kruki znosili pożywienie; zacny Eustachy pracował jak wół i żywił całe konsorcjum, kochany, dobry malarz. Naradziliśmy się z nim po cichu, co zrobić z Chrząszczem? Trzeba było pomyśleć o jakimś rozwodzie, Pan Bóg jeden wiedział jednak, do kogo i z jakimi pieniędzmi z tym się udać. To były plany na przyszłość, na razie myśleliśmy, co zrobić, aby biednego Szymona wyprowadzić z tego stanu odrętwienia, w który się pogrążył.
- Ja go spróbuję rozweselić! - rzekł straszliwie marnując słowa Eustachy.
Tegom się najbardziej bał; Szczygieł jest dobry do rozweselenia zdechłych koni, ale nie człowieka, który mógłby się naprawdę jeszcze zaśmiać. Próbował to jednak uczynić swoją własną metodą, to znaczy siadał przy Chrząszczu i siedział; potrafił tak siedzieć ze dwie godziny i nie przemówili do siebie słowa, wobec czego sytuacja stanowczo się zmieniła na lepsze, bo zamiast jednego melancholika przy oknie siedziało ich teraz dwóch. Niedługo to jednak trwało. Jednego razu Chrząszcz wyszedł wieczorem i późno wrócił.
- Już się ruszył - rzekłem do Szczygła - to dobrze...
- Źle! - odpowiedział malarz.
- Czemu źle?
- Nie wiem.
Tak się wyćwiczyłem w anielskiej cierpliwości w rozmowie z tym wielbłądem, żem już nie reagował na jego kabalistyczne gdakanie.
Chrząszcz wrócił późno w nocy i musiał się zachowywać bardzo cicho, bośmy ledwie coś niecoś słyszeli. Około trzeciej zbudził nas trzask, jakby się dom walił. Chrząszcz leżał na łóżku blady jak ściana i ręką bił rozpaczliwie o ścianę; strzelił do siebie w okolicę serca.
Matko najświętsza!
Co się wtedy działo, nie wiem.
To tylko pamiętam, że kiedy po pewnym czasie lekarz powiedział, że kula przeszła bokiem i że Chrząszcz będzie żył, padliśmy sobie ze Szczygłem w objęcia i przez kilka chwil czułem gorące łzy Eustachego Szczygła na mojej twarzy. I wtedy pomyślałem, że jeden drugiemu ani brat, ani swat, lecz jeden dla drugiego uciąłby sobie ręce. Bo choć nam Bóg, dla poetów i malarzy niehojny, wszystkiego odmówił, serca nam dał dziecięce.
W jedno miała właśnie trafić kula, ujrzawszy jednak, że jest niezmiernie biedne, najlepsze z serc, a zżarte zgryzotą i opętane bólem - ominęła je i poszła bokiem.
Szczygieł pochylił się nad Szymonem i wtedy ujrzałem dziwo niesłychane; w ponurych oczach Szczygła rozjaśnił się uśmiech tak radosny i tak dobry, jakim matka rozświetla twarz swojego dziecka.
- Będzie żył!... - szeptał - będzie żył...
Szymon spojrzał gasnącym wzrokiem i uśmiechnął się. 

 

 


W przypadku znalezienia błędu na stronie - prosimy o informację. kontakt


copyright © 2002 - 2010
www.Zaprasza.eu
oraz
Fundacja  Promocji  Kultury
Wszystkie prawa zastrzeżone